Salvation Home

Sylwester i NathanNawet gdybym chciała ustalić liczbę mieszkańców Salvation Home to na dłuższą metę jest to zwyczajnie niemożliwe. Około 30? 40? To zależy którego dnia. Ucieczki i powroty. Powitania, ale brak pożegnania, tylko połamane druty w ogrodzeniu po ucieczkach. Salvation Home to treatment home – dom, do którego trafiają dzieci prosto z ulicy. To miejsce gdzie ich ciało oczyszcza się z wszelkich toksyn wdychanych na ulicy. To także miejsce, gdzie ich serce poznaje, czym jest dom i rodzina. Tu uczą się życia w społeczeństwie, uczą się korzystać z toalety oraz być odpowiedzialnym za czystość w kuchni. Uczą się, że jak nie zrobią śniadania, to go nie będzie… Uczą się pisać, czytać i liczyć. Liczyć już nie tylko na siebie, a także tego, że mogą liczyć na innych. Sprawdzają, czy nam na nich zależy, czy obchodzi nas, gdzie śpią tej nocy, czy pojedziemy w nocy na ulicę, aby zabrać ich z powrotem do domu, gdy uciekną. Czy będziemy walczyć o nich nawet, gdy popełnią błąd. Ile dzieci, tyle prób. Codziennie.

Dzień zaczynamy o 5.00. Spotykamy się wszyscy w największym pokoju w domu. Chłopcy śpiewają, grają na bębnach. Muli bwanji? (Jak się macie?) – pyta Mama Carol. Bwino! (Dobrze!) – odpowiedź wydobywa się spod koców. Jaki był wczorajszy dzień? Co się wydarzyło? Kto z kim się pobił? Kto co ukradł? Kto grał w karty na pieniądze? Co jest dobre, a co złe? Co normalne, a co nie? Rozmawiamy. Długo. Czasem godzinę, czasem dwie. W międzyczasie przez okna zagląda do nas słońce. Śniadanie. Praca. Nauka. Bębny. Piłka nożna. Kredki, kartki, farby. Dorotka, nauczysz mnie czytać? – pyta Sylwester. O 18.00 zachodzi słońce. ZESCO wyłącza prąd w każdy poniedziałek, środę i piątek między 18.00 a 22.00. Sylwester przynosi świeczkę – Możemy czytać dalej. – stwierdza zadowolony. Mija kolejna godzina, mija kolejna książka. – Walema? (Jesteś zmęczony?) Może skończymy jutro? – pytam. – Nie, jest OK. I tak aż do 20.00, wtedy już trzeba iść spać.

Teraz siedzę w różowym pokoju dziewczynek. Nade mną chrapie Beauty. Uczę się kolejnych słów w nyanja. Chłopcy czują się coraz mniej pewnie, bo nie wiedzą, co rozumiem, a czego nie. Salvation Home to teraz także mój dom.

Czekam na Ciebie

22.00. Słyszymy klakson i zrywamy się z kanapy. Biegnę do bramy. Otwieram. Muwiva przywiózł czterech z siedmiu, którzy uciekli. Nasi mali chłopcy – maluchy – znów widzę ich pusty wzrok, ten sam, który kilka dni temu widziałam u Chrisa. Wystarczyło im kilka godzin. Abram szarpie się ze Stevenem – jest agresywny, w ręku ściska butelkę ze sticką, Mama zabiera mu ją i podaje mi. Wylewam za domem śmiercionośny płyn, a butelka trafia do dołu ze śmieciami.

Muwiva jedzie z powrotem do miasta, tam Evaristo, David i Silvester szukają pozostałych. Wracamy do salonu i przykrywamy nogi kocem, wiatr przewiewa nas przez wybite szyby domu. Czekamy.

Silvester jest z nami od niedawna, ma 16 lat. To chłopak, który całe swoje świadome życie spędził na ulicy. Nigdy nie był w szkole, ani w żadnym innym centrum pomocy. Uczy się wszystkiego i jest niezwykle pojętny. Jeździ ze starszymi chłopcami, bo zna ulicę doskonale, wszystkie jej zakamarki, wie, gdzie ukrywa się chłopców, których nie chcą wypuścić z ulicy. Dlaczego nie chcą wypuścić z ulicy? Bo są za dobrzy w żebraniu. Bo dają się wykorzystywać na każdy możliwy sposób.

23.30. Ten sam schemat. Klaskon. Biegniemy do bramy. Teraz już wrócili sami. Gdzie jest Noah? Gdzie Freddy? Gdzie Lovemore? W głowie przewracają mi się obrazy, które przez ostatnią godzinę opowiadała mi Mama. Jutro rano David znów pojedzie na ulicę. Czekamy na Was.

PS. Samochód wjeżdża i zamiera. Już nie ruszy. Który raz już w tym tygodniu musi przyjechać mechanik, aby naprawić go na jeden dzień? Co będzie, kiedy tej nocy ktoś zadzwoni, że na ulicy był wypadek? Nie mamy czym jechać…

New Soveto Market

Niedziela po południu. Idziemy od poczty głównej w centrum miasta na Soveto – market, gdzie zbierają się dzieciaki ulicy. Mijamy po drodze miejsca, gdzie śpią i zabieramy ich ze sobą. Dziś na Soveto będzie piłka i rysowanie. Ze wszystkich stron słychać głosy: ‘Ooooo! Mama Carol!’ Biegną za nami i witają się. – Czy wiecie, gdzie jest Freddy? – pytam każdego. Freddy uciekł dwa dni temu i do tej pory nie wrócił. Ma autyzm. Martwię się o niego, choć wiem, że na ulicy radzi sobie lepiej niż ja, ale jest podatny na to, co serwują mu inni.

Znajoma woń sticka uderza we mnie, gdy dochodzimy do Soveto. Mam wrażenie, że jest go mniej niż zwykle – mniej butelek z tym niszczącym narkotykiem w rękach chłopców. Może być to złudne, bo zazwyczaj chodzimy wieczorem na ulicę. Ale jeśli się nie mylę, to na co zamienili stickę?

Starsi chłopcy i nasze dwie wspaniałe wolontariuszki Helenka i Agatka, które są ze mną rozdają chłopcom kartki i kredki. Muviwa gra z nimi w piłkę. Chłopcy przynoszą nam ławkę. Siadamy z Mamą obok siebie i otwieramy plecaki. Ustawia się długa kolejka. W jednym momencie skupiłam się tylko na osobie, która była przede mną. 100% uwagi na twarzy dziecka i na problemie, z jakim przyszedł – dużo ran zainfekowanych, szczególnie stopy, zwichnięcia, bóle zębów, oparzenia. W pewnym momencie Mama szturcha mnie, podnoszę głowę wyrwana jakby ze snu: -‘ Pamiętasz Chrisa?’ Pamiętam doskonale.

Chris. Dużo czasu zajęło mi zdobycie jego zaufania. Rok temu jeszcze mieszkał na farmie, chodził tam do szkoły. Jest zdolny i bystry. Bardzo lubi żartować. Dobrze zna angielski, więc dużo rozmawialiśmy. Teraz Chris już nie wygląda jak kilkunastoletni chłopiec, którego znałam rok temu. Jakby jego czas szybciej płynął. Patrzy w dal błędnym wzrokiem i zapewnia mnie, że nie ćpa. Obejmuję rękami jego twarz: – ‘Spójrz mi w oczy i powiedz to jeszcze raz.’ Nie potrafił. Opatruję jego głowę. – ‘Auntie, daj mi bandaż, będę musiał zmienić opatrunek.’ Nie, Chris, sprzedasz i kupisz narkotyki. Ja nie biorę w tym udziału, ale wrócę do Ciebie.

Jeszcze trochę czasu spędzamy na Soveto. Rozmawiamy. Chris trzyma mnie za rękę, potem prowadzi do samochodu. Zabieramy dwóch chłopców: jeden z oparzeniem wielkości dwóch dłoni, którego nie byłyśmy w stanie opatrzyć na ulicy, drugi pobity. Po powrocie dzwonię do Ali i Eweliny – dwie wspaniałe wolontariuszki – lekarki, które poznałam na szkoleniu MSZ, mieszkają i pracują u Księdza Krzysztofa na Makeni, to nasza parafia. Jest niedziela, dziewczyny dopiero co wróciły ze szpitala, ale nie odmawiają mi pomocy, za kilka chwil są u nas i od razu zabierają się do pracy. Po dwóch godzinach chłopcy są opatrzeni. – ‘Jak będziesz potrzebowała naszej pomocy, dzwoń.’ Na pewno zadzwonię. Dziękuję Wam dziewczyny!

Zaszufladkowano do kategorii Street

Welcome to Zambia

Uderzenie gorąca. Ziemia paruje. Znajomy zapach wypalonej ziemi. Wróciłam do Zambii, która przywitała mnie na lotnisku kontrolami i zdziwionymi celnikami – ‘Co ty chcesz zwiedzać przez 3 miesiące w Zambii?’ Trzeba ważyć słowa. Nie powiedzieć ani za dużo, ani za mało. Wszystko wydaje im się podejrzane. Jeśli zapłacisz 50$ za wizę możesz zwiedzać sobie co chcesz. Zanim wyrobię pozwolenie na pracę, dla nich jestem turystką na 3 miesiące. Niech będzie. Kolejna kontrola bagażu –  dobrze, że otworzyli tylko jedną walizkę, z drugiej od razu wypadłyby igły, leki i opatrunki do pracy na ulicy wciskane w ostatniej chwili. Przywitała mnie Jackie (nasz samochód jak zwykle ostatnio zepsuty) i zabrała do Salvation Home, do domu… Zgrzyt otwieranej kłódki, łańcuch przesuwany po zamku, brama się otwiera, słyszę znajomy głos: ‘Come to Mummy!!!’ – przywitała mnie z otwartymi ramionami już o rok starsza, ale wciąż tak samo energiczna i jak zawsze uśmiechnięta Mama Carol. Za chwilę otoczyły mnie dzieciaki, próbowałam wyszukać znajome twarze, ale zmiany przerosły mnie, w tym domu zostało tylko kilkoro, pozostali są nowi, ale wystarczyło kilka chwil, aby stali się mi bardzo bliscy. Pierwsze chwile spędziłam z Mamą, nie mogłyśmy przestać rozmawiać. Chcesz mi powiedzieć, że to wszystko wydarzyło się w ciągu ostatnich 11 miesięcy…?

W sobotę pojechałyśmy na farmę, aby odwiedzić chłopców w boarding school w Chongwe i na farmie, zanim zostanę tam na dłużej. – Czekają na ciebie i nie mogą się doczekać. Koniecznie musimy do nich jechać. – mówiła mi Mama. Tylko jeden dzień, zanim załatwię wszystkie dokumenty w Lusace i zostanę na farmie dłużej. Patrzyli, ściskali i wciąż nie wierzyli: – Wróciłaś do nas! Wróciłam. Przywitali się, a potem kręcili się wokół. Nie potrzeba wielu słów, być blisko – to im wystarcza.

Na ulicę jedziemy dziś. Tam też są chłopcy, z którymi chcę się przywitać, choć mam nadzieję, że nie jest ich dużo. To znaczyłoby, że udało im się. Znaleźli dom.

Starsi chłopcy pytali: – Jak długo zostaniesz z nami? Moja odpowiedź wyraźnie ich satysfakcjonowała. Było jak dawniej. Najtrudniejsze za mną, ich zaufanie przetrwało ten rok. Cieszę się z każdego uśmiechu, każdego rysunku, każdej rozmowy, cieszę się z każdej chwili, by móc być z nimi w pełni.

W 24 godziny do Afryki

Dwie wielkie walizki i czerwony plecak, który wgniata mnie w ziemię. Dwa razy po 23 kg i jeden raz 8 kg daje 54. U mnie ten rachunek wynosi 64. Cudowne rozmnożenie. Tak było ze wszystkim. Potrzebowałam ubrań dla dzieciaków. Mam ich prawie 20 kg w bagażu, jeszcze więcej zostało, aby przylecieć innym lotem. Jeszcze kilka dni temu nie miałam leków i bandaży. Teraz z ledwością upchałam je między sprzętem sportowym i kredkami, które także niezapowiedziane pojawiły się w czeluściach moich walizek. Cudowne rozmnożenie. Gdzieś o tym czytałam…

Nie znam odpowiednich słów, by podziękować wszystkim osobom, które były przy mnie i włączyły się w przygotowania do afrykańskiego roku. Waszej dobroci nie da się policzyć w kilogramach ubrań, metrach bandaży ani godzinach spędzonych nad projektem. Ona zaczyna się w środku i rozgrzewa wszystko wokół. Na pewno nagrzała mnie na ten rok! Niech uśmiechy od dzieciaków, które pojawią się na zdjęciach oraz moje: DZIĘKUJĘ – wystarczy.

Wokół mnie przelewa się tłum, zatrzymując się przy niebieskich ekranach, które informują ich uprzejmie, którą bramę wybrać, aby osiągnąć cel podróży. Lotnisko we Frankfurcie. Przystanek na drodze w różnych kierunkach świata. Splot ras i kultur świata. Próbuję odgadnąć dokąd jadą. Jest grupa z identyfikatorami w sportowych butach i podobnych strojach, oczywiście sportowych – zapowiada się jakiś poważny turniej, pan w dżinsowej kurtce i za krótkich spodniach upycha Toblerone i wino w walizce – pyszności będą na wieczór! Grupa japońskich turystów – nie muszę podpowiadać . Trzech chłopaków z deskorolkami i mamą – przecież zwiedzanie jest nudne, trzeba się czymś zająć… Masa ludzi i każda historia wyjątkowa – zdecydowanie bardziej wyjątkowa niż moje dywagacje. Niech jadą. Podróżowanie poszerza horyzonty. Z przeżywanych chwil trzeba czerpać ich mądrość, ale nie zatrzymywać czasu na siłę, musi płynąć, aby cel mógł zostać osiągnięty. Inaczej stoimy w miejscu.

Zatem w drogę!