W 24 godziny do Afryki

Dwie wielkie walizki i czerwony plecak, który wgniata mnie w ziemię. Dwa razy po 23 kg i jeden raz 8 kg daje 54. U mnie ten rachunek wynosi 64. Cudowne rozmnożenie. Tak było ze wszystkim. Potrzebowałam ubrań dla dzieciaków. Mam ich prawie 20 kg w bagażu, jeszcze więcej zostało, aby przylecieć innym lotem. Jeszcze kilka dni temu nie miałam leków i bandaży. Teraz z ledwością upchałam je między sprzętem sportowym i kredkami, które także niezapowiedziane pojawiły się w czeluściach moich walizek. Cudowne rozmnożenie. Gdzieś o tym czytałam…

Nie znam odpowiednich słów, by podziękować wszystkim osobom, które były przy mnie i włączyły się w przygotowania do afrykańskiego roku. Waszej dobroci nie da się policzyć w kilogramach ubrań, metrach bandaży ani godzinach spędzonych nad projektem. Ona zaczyna się w środku i rozgrzewa wszystko wokół. Na pewno nagrzała mnie na ten rok! Niech uśmiechy od dzieciaków, które pojawią się na zdjęciach oraz moje: DZIĘKUJĘ – wystarczy.

Wokół mnie przelewa się tłum, zatrzymując się przy niebieskich ekranach, które informują ich uprzejmie, którą bramę wybrać, aby osiągnąć cel podróży. Lotnisko we Frankfurcie. Przystanek na drodze w różnych kierunkach świata. Splot ras i kultur świata. Próbuję odgadnąć dokąd jadą. Jest grupa z identyfikatorami w sportowych butach i podobnych strojach, oczywiście sportowych – zapowiada się jakiś poważny turniej, pan w dżinsowej kurtce i za krótkich spodniach upycha Toblerone i wino w walizce – pyszności będą na wieczór! Grupa japońskich turystów – nie muszę podpowiadać . Trzech chłopaków z deskorolkami i mamą – przecież zwiedzanie jest nudne, trzeba się czymś zająć… Masa ludzi i każda historia wyjątkowa – zdecydowanie bardziej wyjątkowa niż moje dywagacje. Niech jadą. Podróżowanie poszerza horyzonty. Z przeżywanych chwil trzeba czerpać ich mądrość, ale nie zatrzymywać czasu na siłę, musi płynąć, aby cel mógł zostać osiągnięty. Inaczej stoimy w miejscu.

Zatem w drogę!