Mamy czas

Przyszedł taki czas, kiedy przywykłam do widoku karalucha przemierzającego ścianę mojego pokoju, kiedy ciepła woda w kranie jest od święta i kiedy wiem, o której godzinie wyłączą prąd.

Przyszedł też czas na pierwszą lekcję jazdy samochodem. Moim nauczycielem jest jeden z chłopców, który jest bardzo dobrym kierowcą, choć prawa jazdy nie ma. Zdolność prowadzenia pojazdów straciłam wraz z przekroczeniem granicy zambijskiej. Chcąc skręcić, włączam wycieraczki, a obok słyszę spokojny głos: lewa, lewa, lewa…

Przyszedł także czas przyznać się, że chłopcy piorą lepiej w ręku niż ja. Nauczyłam się też, że ubranie odświętne to ubranie czyste, a nie nieporwane oraz że chodzenie w dwóch takich samych klapkach jest przereklamowane.

Wiem już, że gdy siedzę wieczorem ‘za długo’ w pokoju, to za moim oknem usłyszę głos któregoś z chłopców ‘BaAuntie, chodź poczytać!’ lub inną dobrą wymówkę.

Przyszedł czas, kiedy wiele rzeczy już mnie nie dziwi, choć coraz więcej wciąż zastanawia.

Siedzę na betonie przed domem i patrzę na dzieciaki, które po prostu są szczęśliwe. Grają na bębnach, śpiewają, tańczą, grają w piłkę. To są szczególne momenty w domu, kiedy mam wrażenie, że czas jakby się zatrzymał, że zapomnieliśmy o problemach, że dzisiaj wieczorem nie wyjedziemy na ulicę szukać kogoś. Tych spokojnych momentów nie ma w tym domu za wiele, więc nie przyzwyczajam się zbytnio, ale zawsze takiego wieczoru mogę pojechać z Muviwą na lody do KFC :)

bęben

klapki

 

Nathan

Jestem twarda. Rozumiem dlaczego chłopcy uciekają. Dlaczego muszą uciec. Rozumiem to, że ulica musi ich boleć, aby chciały coś zmienić. Czasem nawet bardzo boleć… Gdy tylko jestem na Soweto (w każdą niedzielę) czy w centrum (co najmniej raz w tygodniu) szukam ich, pytam, czasem znajduję, wtedy rozmawiam – Chcesz wrócić? Czekamy na Ciebie… Nie zmuszam. Pytam. To musi być ich wybór.

Po moim powrocie z Chillabombwe nie zastałam w domu Nathana. Uciekł godzinę po tym jak wyjechałam. Nathan był w kilku centrach dla sierot (jego mama zmarła 2 lata temu), nigdzie nie zagrzał miejsca dłużej. U nas był już 3 miesiące – To i tak dużo jak na Nathana – powiedziała mi Mama Carol. Kiedyś zapytała go – Uciekłeś już z tylu miejsc. Dlatego nie uciekłeś jeszcze ode mnie? – Bo ty pieczesz ciastka. – odpowiedział  Nathan dorzucając swój rozbrajający uśmiech.

W końcu uciekł i od nas. W niedzielę szukałam go na Soweto. Bezskutecznie. W poniedziałek jadąc do U.T.H. (szpital) zaszłam na City Market. Tam chłopcy z ulicy powiedzieli mi, że Nathan jest w YMCA (przechowalnia dzienna dla dzieci ulicy, bez zasad, bez reguł, można robić wszystko, a do tego dają jedzenie, o 16.00 wypraszają wszystkie dzieci z powrotem na ulicę, gdzie pod bramą rozstawiają się dilerzy). Po wizycie w U.T.H. wracałam z Jackiem (jeden z wujków w naszym domu) do domu. Jack zaproponował, żebyśmy sprawdzili YMCA. Nathan siedział pod murem wśród innych małych chłopców. Miał mętny wzrok, przestraszone oczy. Nie zareagował na mój widok. Bał się mojej reakcji. – Szukam Cię od trzech dni. Chcesz wrócić z nami do domu? – Chcę. – Łzy napłynęły mu do oczu, zaraz jednak zaczął się ich wstydzić. Łzy są nie na miejscu, kiedy jest się małym chłopcem wychowanym przez ulicę.

Dzieciom ulicy odebrano dzieciństwo. Mając czasem 5, czasem 6 lat musieli sami zatroszczyć się o siebie. Wychowali ich dilerzy i gwałciciele. Nauczyli ich jak kraść i kłamać. Egzamin zdany na 6. To jest zdecydowanie to w czym są dobrze – ich mocna strona. Walka o przetrwanie. Deficyt to złe określenie, tam gdzie powinno być zaspokojone poczucie bezpieczeństwa jest wielka dziura. Nie ufaj nikomu! – krzyczy ten głos w środku.

Szukałam Cię od trzech dni. W końcu jesteś z powrotem w domu. Jestem twarda, ale nie umiem opisać tego, jaką ulgę poczułam, kiedy wróciłeś do domu. Kiedy nie muszę wyobrażać sobie Ciebie, krzywdzonego na ulicy. Zrozumiałam, czym było ODNALEZIENIE.

Nathan

Uwierz w ducha

Małe miasteczko Chillabombwe, 10 km od granicy z Kongo. Siedzę w samochodzie, ze wszystkich stron biegną ludzie, sto, dwieście, trzysta, czterysta, już ponad pięćset osób zgromadziło się wokół domu i wokół nas… obok mnie Agnieszka ze łzami w oczach – Spójrz jak się cieszą, czekali na niego. Ja wciąż nie mogę w to uwierzyć. Za chwilę wpada brat Jacek, w Zambii znany jako Brother Izaak – Jedziemy na policję, zaraz rozniosą nas i ten samochód.

Wizyty domowe to jeden z elementów programu przywracania dziecka z ulicy do rodziny. Brat Jacek prowadzi dom dla dzieci ulicy Hope of Hope (Dom Nadziei) w Lusace. W sierpniu, kiedy są wakacje w szkole, zabiera swoich podopiecznych, aby spędzili niektórzy jeden dzień, niektórzy dwa tygodnie u swoich rodzin. Tym razem zabrał siedmiu chłopców, a także nas, abyśmy doświadczyły, jak wyglądają wizyty domowe. Z początku wszystko było dość przewidywalne – domy ubogie, rodziny niepełne, brakuje wszystkiego. U chłopców wyczuć można z każdym kilometrem zwiększający się stres i napięcie. Powitania niektóre dość oficjalne, a inne bardzo radosne. Długa droga, krótkie rozmowy. Po 12 godzinach podróży dojeżdżamy do Chillabombwe. – Tu trochę dłużej porozmawiam, bo pierwszy raz jestem u rodziców Lelka. Dopiero tydzień temu kiedy dowiedział się, że jedziemy w te okolice powiedział skąd naprawdę pochodzi. W Domu Nadziei był już 7 miesięcy. Brat Jacek zniknął za drzwiami domu razem z chłopcem, a wokół nas zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Ludzie biegli ze wszystkich stron, aby zobaczyć… ducha. Sypali się wzajemnie mąką (zwyczaj praktykowany na pogrzebach). Byli przekonani, że chłopiec nie żyje od kilku miesięcy. Jak się okazało ojciec szukał go, sprzedał telefon, aby pojechać do Serenje (największe na świecie skupisko Świadków Jehowy na kilometr kwadratowy), bo pastor powiedział mu, że tam jest jego syn. A jednak chłopiec właśnie przez ojca uciekł… bo go nie było, a gdy był, to bił. Tłum był nieprzewidywalny, raz ktoś rzucił, że brat Jacek jest Jezusem, a my świętymi, ludzie przychodzili, prosili o błogosławieństwo, dziękowali, za chwilę ktoś rzucił, że jesteśmy satanistami i porwaliśmy dziecko. Jacek przynajmniej to rozumiał, my niczego nieświadome uśmiechałyśmy się do wszystkich… Robiło się gorąco. Przyjechała policja i zabrali nas na najbliższy komisariat, aby spokojnie porozmawiać. O spokoju jednak nie można było mówić. Cały tłum przeniósł się razem z nami. Ktoś zaczął się bić w środku, ktoś inny na zewnątrz. – Boisz się? Nie bój się. My po prostu cieszymy się, że chłopiec odnalazł się – uspokajał mnie młody mężczyzna z wioski. – Po prostu jestem zaskoczona… Za chwilę znów zrobiło się nieprzyjemnie. Policjant wsiadł do samochodu i zawiózł nas tym razem na główny komisariat. Tam ludzie nie będą mieli odwagi przyjść. Brat Jacek zaczął tłumaczyć program, według którego prowadzony jest Dom Nadziei. Powoli, spokojnie. – Jeśli nie pozwolicie chłopcu wrócić z nami, za tydzień ucieknie znów. Tym razem go już nie znajdziemy. Zmieni imię i nazwisko. Nie będzie miał do nas zaufania. Stracicie go. 7 miesięcy zajęło nam zdobycie jego zaufania. Dopiero po 7 miesiącach powiedział, gdzie jest jego prawdziwy dom. Rodzice byli przeciwni. Dziecko uciekło z domu – wstyd. – To się zdarza – tłumaczył  Jacek. – Były u mnie dzieci ministrów i wysoko postawionych urzędników. To po prostu się zdarza… To prawda, że my jako dorośli powinniśmy decydować o dziecku, ale posłuchajmy go, może on chce coś nam przez to powiedzieć. Wtedy to ja miałam łzy w oczach… To była prawdziwa walka o dziecko. Nie chodziło o dumę, o to, kto ma rację, kto ma władzę czy pieniądze. Dziecko było w centrum.

Kiedy odebraliśmy chłopca następnego dnia rano z komisariatu policji poczuliśmy ulgę – on i my. Wracamy do Lusaki, a w głowie milion myśli.

Dorota

 

Aga

Polowanie na szczury

- Dorotka, dziś idziemy do buszu, chcesz pójść z nami?

– Pewnie, że chcę!

– Załóż długie spodnie i skarpetki.

– Czego będziemy szukać?

– Wszystkiego, co się rusza…

Najbardziej fascynującą rozrywką było dla mnie zawsze polowanie na bush rats – buszowe szczury ;) Kojarzy mi się to z popularną wśród dzieci zabawą w szukanie skarbu. Organizator zabawy musi najpierw ukryć dobrze skarb i rozstawić znaki, które prowadzą do skarbu i pomagają w jego odnalezieniu, po czym ekipa wyrusza na poszukiwania. Naszym dzieciakom „skarby” same chowają się w ziemi, a w poszukiwaniu pomaga pies Bruno. Pierwszą oznaką pobytu szczura w danym miejscu jest mały kopczyk. Wtedy zaczyna się kopać. Kopać należy idąc śladem szczurzego korytarza. Co jakiś czas należy włożyć patyk sprawdzając czy natkniemy się na szczurze włosy, co pozwala ocenić obecność szczura w norze i zasadność dalszego kopania. Potem już tylko należy złapać uciekającego szczura i upiec go na ognisku. Tak, próbowałam… smakuje lepiej niż wygląda ;)

TimoBruno

Chibesa

Mylucky

Bupe