Ucieknę

Ucieknę, bo nie lubię jak mówisz mi, co mam robić.
Ucieknę, bo mi zabraniasz tego, na co akurat teraz mam ochotę.
Ucieknę, bo tylko to potrafię zrobić, gdy mam problem.
Ucieknę, bo wiem, że sobie poradzę na ulicy.
Ucieknę, bo chcę zatęsknić za Tobą.
Ucieknę, żeby sprawdzić, czy wciąż mnie kochasz.
Ucieknę, ale będę tam, gdzie zawsze.
Ucieknę, ale moje serce będzie biło szybciej w nadziei, że przyjdziesz po mnie.

Wątpiłam w to. Chłopcy grali, bawili się z nami w uciekanie i wracanie. Noce spędzone na poszukiwaniach, miałam wrażenie, że to bez sensu, że nie są gotowi. Już nawet nie umiałam zliczyć, ile razy zabierałam Nathana z ulicy, wiedząc, że za tydzień będzie ta sama zabawa w kotka i myszkę… Po 8 miesiącach patrzę na Nathana. Już 4 miesiące bez ucieczek, wydaje się stabilny, czasem tylko wspomina o ulicy, uwielbia swoją szkołę i sobotnie pieczenie, czuje się bezpieczny.

Ale w tej pracy ta zabawa się nie kończy. Teraz bawię się z Joshuą. Tylko mam więcej wiary w sercu :)

IMG_5225

Z życia wiejskiej dziewczyny

Nasza wioska oddalona jest od najbliższego miasteczka o 30 km. Miasteczko to nazywa się Chongwe i choć jest dość niewielkie jest tam kilka szkół, w trzech z nich uczą się nasi podopieczni.

Po wyszykowaniu chłopców do szkoły, o godz. 6.50 wyruszam w drogę. Nad polami rozciąga się mgła, na trawach krople rosy, słońce wstaje, busz budzi się do życia. Przede mną nieco ponad 6 km drogi piechotą, aby złapać bus do Chongwe. Po drodze rytuał pozdrowień z wioskową starszyzną pracującą na polach oraz gromadkami dzieci zmierzającymi do szkoły. Ku własnemu zaskoczeniu udało mi się nawet przeprowadzić kilka konwersacji w lokalnym języku. Licząc po cichu na jakikolwiek transport w kierunku skrzyżowania kilometry mijały… 1… 2… 3… 4… 5… 6… Przejechały 3 auta, wszystkie w przeciwnym kierunku… Ok. 8.00 dotarłam do głównej drogi i złapałam bus jadący do Chongwe, to już tylko nieco ponad 23 km i jestem na miejscu.

Pierwsze kroki skierowałam w stronę kościoła katolickiego, aby porozmawiać z Księdzem Gabrielem. Dwóch księży tam pracujących ma pod swoją opieką 52 kościoły w „okolicy”, między innymi nasz w Chamulimbie. Ksiądz wyznaczył nam najbliższy termin Eucharystii na 1 marca. To wielkie wydarzenie dla naszej społeczności.

Drugi mój cel to Jatamo, szkoła z internatem, gdzie uczy się siedmiu naszych chłopców. „Dorothy!” – zawsze słyszę od wejścia. Dwie nauczycielki witają mnie jak moje serdeczne przyjaciółki ;) – Jak sprawują się nasi chłopcy? Czy są jakieś problemy? Jak wysokie są opłaty egzaminacyjne? Do kiedy trzeba wpłacać? itp… długa seria pytań. Z klas lekcyjnych zobaczyli mnie moi zambijscy bracia i przybiegli się przywitać :) Szybko jednak musieli wracać na lekcje. Tylko Chungu stoi i nie chce iść… – Chcesz pogadać? Chodź, pójdziemy razem odwiedzić Charlesa i sprawdzić jak się czuje, kilka dni temu dzwonili ze szkoły, że ma malarię. Zwolniłam Chungu z lekcji i poszliśmy.

Szkoła Charlesa jest oddalona od głównej drogi o 2 km. Droga jest niby prosta, ale jak skręci się źle to można się zgubić na dobre. Kolejna seria pytań o zdrowie, zachowanie w szkole i opłaty egzaminacyjne. Na szczęście Charles czuje się już dobrze, przywitał nas z uśmiechem na twarzy, z którego ja wyczytałam najważniejsze dla niego: Martwiliście się o mnie… Droga powrotna do Jatamo, aby odmeldować powrót Chungu i muszę się powoli zbierać. Jeszcze tylko jedna rozmowa z dyrektorem szkoły, kupienie ryb na targu i w gąszczu busów odnajduję taki, który podwiezie mnie do mojego skrzyżownia, oczywiście jak się zapełni, co zwykle trwa od godziny do dwóch. Aby sobie samej zrobić żart, zapytałam kierowcę, kiedy bus odjeżdża, odpowiedział: Za pięć minut… Pośmialiśmy się chociaż trochę.

Na skrzyżowaniu kupuję wodę, przede mną 6 km. Po cichu znów liczę na cokolwiek. 1… 2… 3… 4… 5… 6… kilometrów. Przyjechały 3 auta, wszystkie w przeciwnym kierunku… Na farmę dotarłam ok. 16.00. Szybka kąpiel i czekam aż chłopcy wrócą ze szkoły.

Życie w buszu do najłatwiejszych nie należy, czasem trzeba się sporo nachodzić… :)

 

Poranne widoki:)

Photo0960 - Kopia

 

Photo0963

 

Photo0964

Wczesne rodzicielstwo

Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że stanę się samotną matką dla 6 dojrzewających, 14-letnich chłopców…
Otóż jak to się stało… ;)

Na farmie z nowym rokiem przyszło wiele zmian, szczególnie w kwestiach personelu pracującego. Pożegnaliśmy się z menagerem oraz jedną rodziną, która u nas pracowała, próbę zarządzania farmą w styczniu podjął jeszcze młody – 25-letni zambijczyk, jednak i on spasował przy naszych łobuzach ;) Powitaliśmy za to na farmie Briana, który przejął rolę zarządzania naszą sporą gromadką kurczaków oraz ogrodem warzywnym i jak na razie próbuje się.

Potrzebowaliśmy jeszcze rodziny dla jednego domu, w którym mieszka owych 6 rozbójników.
Idea „rodziny” jest taka, aby chłopcy czuli się zaopiekowani, aby byli ludzie, którzy zatroszczą się o sprawdzenie ich pracy domowej, opatrzenie zdartego kolana, zacerowanie spodni, którzy usiądą z nimi wieczorem i porozmawiają o minionych dniu, poczytają wspólnie książki czy pograją w warcaby, a przede wszystkim zrobią to wszystko z miłością, jakiej Ci chłopcy w swoim dzieciństwie niestety nie doświadczyli.

Chcąc bardziej kontrolować sytuację na farmie, która ostatnio bardzo nas niepokoiła, Mama Carol pojechała na farmę, aby uporządkować sprawy oraz przejąc pod opiekę dom „bez rodziców”. Podczas tego czasu nastąpiło dużo pozytywnych zmian, szczególnie organizacji tego miejsca. Ja w tym czasie miałam pod opieką Salvation Home.

Po tygodniu zamieniłyśmy się i tak oto stałam się mamą dla 6 chłopców. Pewnie część z Was czytających to wie lepiej niż ja, że nie bez powodu okres ciąży trwa 9 miesięcy, nie bez powodu dzieci rodzą się małe i dorastają przechodząc różne kryzysy, aby nie tylko oni, ale także ich rodzice nauczyli się z nimi radzić. Moje dzieci są duże, nie tylko pod względem wzrostu, wszyscy prawie wyżsi ode mnie, ale także są bogaci w różne, szczególnie trudne doświadczenia. Tylko dzięki temu, że trochę razem przeszliśmy, poczynając od tego, że po roku wróciłam do nich, a w ciągu ostatniego pół roku nie raz zabierałam ich z ulicy, starając się wymazać tę pustkę, którą mają w oczach po narkotykach, że spędziliśmy długie godziny na wspólnej nauce, grach czy wyprawach do buszu, także przez to, że bardzo szybko przestałam być dobrą ciocią, która na wszystko pozwala i nauczyłam się stawiać im granice. Zaakceptowali mnie jako rodzica. Zdobycie ich zaufania to nie jest prosta sprawa i to nie trwa tydzień, dwa czy nawet dziesięć tygodni, to miesiące i wspólne doświadczenia. Nawet ja mam świadomość, że są rzeczy, z którymi jeszcze do mnie nie przyjdą. Dzieci ulicy z zasady nie ufają nikomu.

Tak więc już od tygodnia mamuję łobuzom. Dzień zaczynamy o 5.00 – budzę ich przystawiając im do uszu telefon, z którego płynie muzyka, śmieję się, kiedy widzę, że Nelson nie może otworzyć oczu, bo siła grawitacji, łóżkowego przyciągania jest zbyt duża, ale z uśmiechem na buzi śpiewa słowa mojej ulubionej zambijskiej piosenki. Gromadzimy się ma modlitwie, sprzątamy razem nasz dom, potem śniadanie i chłopcy przygotowują się do szkoły. Rano sprawdzam czy mundurki szkolne są kompletne, czy buty wypastowane, czy książki spakowane, dopytuję, kiedy wrócą ze szkoły, razem jemy obiad, odrabiamy lekcje, czytamy, wysłuchuję ich: „ja, ja ucieknę, jak mi nie pozwolisz!” oraz „on mi zabrał to, to było moje!”, kupuję maści na trądzik i kolekcjonuję podarte spodnie, aby wszystkie razem potem zabrać do krawcowej, zaklejam plasterkami zranione miejsca. Wieczorem siadamy w naszym saloniku i rozmawiamy o tym, co lubimy jeść, co lubimy robić, jak było w szkole, czasem przynoszę im ciastka, które bardzo lubią, czasami puszczam im muzykę z telefonu i tańczą tak, że nie mogę uwierzyć, że tego wszystkiego nauczyli się z filmów, razem żartujemy i śmiejemy się, rozmawiamy o przyszłości, ich marzeniach i planach. O 20.00 zaczynamy modlitwę śpiewem. A śpiewać moi chłopcy potrafią jak nikt na tym świecie… :) 21.00 to czas, kiedy chłopcy powinni już spać. Przez pół godziny jeszcze uciszam ich z mojego pokoju, aż czasem muszę do nich wstać i posiedzieć w ich pokojach, aż zasną bez gadania :) Są dni, kiedy muszę im czegoś zabronić lub za coś ukarać, są dni, kiedy mamy świetną zabawę przez cały dzień.

Analizuję czasem ich zachowania i reakcje, zwyczajne życie w afrykańskim buszu i jego problemy nie różnią się de facto wiele od mojego polskiego życia. Oczywiście realia są kompletnie różne, ale tak jak w Polsce ja kiedyś kłóciłam się z moimi koleżankami w szkole, tak samo i oni tutaj, przychodziłam do mamy z rozdartymi spodniami czy z pracą domową, czasem robiłam, co chciałam wychodząc z domu bez pozwolenia, za co dostawałm szlaban, tak jak i tutaj daję szlaban chłopcom, jak wychodzą z domu bez pozwolenia. Nie są z tego powodu zbyt szczęśliwi, ale kto z nas w ich wieku był… ;)

Ja sama musiałam jednak przejechać te wszystkie kilometry, aby zrozumieć, jak wiele w moim życiu nauczyli mnie moi rodzice – pracy, odpowiedzialności, organizacji czasu i przestrzeni, dbania o rzeczy, a przede wszystkim ludzi.

A moja mała buszowa rodzinka, choć jest nieco dysfunkcyjna, bo jestem samotną matką, która co tydzień zamienia się z inną samotną matką, jest szalenie szczęśliwa, bo Ojca za to mamy najlepszego, Niebieskiego… :)

IMG_0778