Samochód dla Zambii

Samochód był dla nas jedną z pierwszych naszych potrzeb. To wiedziałam od dnia przyjazdu tu. Nie mogłam już znieść tego, że trzeba jechać na ulicę, bo coś się stało, a my nie możemy, bo… nie mamy transportu, bo co drugi dzień auto jest zepsute… Widywałam naszego mechanika częściej niż rozmawiałam z moimi rodzicami.

Obiecałam sobie wówczas, że to zrobię co mogę, aby kupić nowe auto. Ale co ja mogę zrobić… W akcję włączyła się Fundacja Usłyszeć Afrykę (Wam przede wszystkim dziękuję, że zaufaliście i uwierzyliście, że ta akcja się powiedzie!:)) Umieściłam informację w internecie oraz rozesłałam do znajomych. Wtedy wydarzyło się wiele cudów :)

W ciągu 6 miesięcy ponad 150 osób dobrej woli, w tym Parafia Matki Bożej Częstochowskiej w Zielonce – moja rodzinna parafia oraz No bell Szkoła Podstawowa Montessori w Konstancinie – Jeziornie, gdzie pracowałam przed wyjazdem – wpłaciło równo 27 tysięcy zł. Bardzo bym chciała podziękować każdej osobie – więc jeśli jesteś jedną z tych osób – Tobie właśnie z całego serca dziękuję! :) Dziękuję ja, ale także Mama Carol, wszystkie dzieci, które są pod opieką Action for Children Zambia oraz dzieci ulic zambijskich, którym także to auto będzie służyło w pomocy kryzysowej.

Kupiliśmy używanego Nissana X-Trail, pieniędzy wystarczyło także na drobne naprawy, wszelkie kwestie formalne związane z samochodem, zostało nawet trochę na benzynę :)

Gdyby nie Wy – my nie moglibyśmy wykonywać naszej pracy – DZIĘKUJEMY!

IMG_6309

IMG_6331

IMG_6363

IMG_6358

Mycia czas… :)IMG_6440

IMG_6439

Naomi

Ta historia jest wyjątkowa. Personalnie, dla mnie. Po raz pierwszy do Zambii, do Salvation Home przyjechałam 30 czerwca 2012 roku na 1,5 miesiąca. Naomi pojawiła się po raz pierwszy w domu w niedzielę 1 lipca 2012 roku. Następnego dnia. W domu byli już jej dwaj bracia i kuzyn. Bardzo chcieli ją zabrać od matki, która sama oraz jej partnerzy wykorzystywali Małą seksualnie. Naomi rosła jako dzikie dziecko. Słowo „normalność” nie istniało w jej życiu.

Początki były bardzo trudne, od prostych rzeczy – nie potrafiła się wykąpać, skorzystać z toalety, krzyczała z byle powodu, nie rozumiała, co dzieje się wokół niej, do tych bardzo poważnych – nie potrafiła odróżnić dobra od zła, zachęcała inne dzieci do zachowań seksualnych, jakie znała z poprzedniego życia.

Naomi nie mówiła po angielsku, w ogóle mało mówiła, przenieśliśmy ją na farmę, aby mogła być wśród zambijskich kobiet, które potrafiły zrozumieć jej język i temperować jej zachowania. Jednak i one nie podołały Naomi.
Kiedy przyjechałam po raz drugi do Zambii, Naomi nie było tutaj, podczas wizyty domowej matka zatrzymała ją siłą, trzeba było użyć interwencji policji, aby zabrać Małą.

Na przełomie listopada i grudnia farmę odwiedziła grupa ludzi zambijczyków i amerykanów, przyjeżdżali i zajechali „przypadkowo”, zainteresowani sierocińcem w środku buszu. Spędzili trochę czasu z dziećmi. Jak zauważyli Naomi? Naomi nie jest dzieckiem, „które się zauważa” od początku – nieśmiała, skryta w sobie, nieufna (nie ma co jej się dziwić znając jej historię), wśród nowych osób wygląda na przestraszoną, boi się nawet uśmiechnąć, nie mówi po angielsku, nie wyskakuje przed szereg, nie zaczepia, nie śpiewa piosenek nieznajomym. A oni jednak zauważyli Naomi… zauważyli ją sercem. Postanowili ją wspierać.

Dwa tygodnie temu przyjechali znów, aby odwiedzić Naomi. Mała dostała piękny, różowy plecak, a ja dostałam do ręki 1000 kwacha z prośbą, aby przeznaczyć te pieniądze na potrzeby Naomi. Już następnego dnia zabrałam Naomi do centrum handlowego, chciałam kupić jej trochę ubrań i buty, potrzebowała ich bardzo. Gdy weszłyśmy przez przesuwane drzwi, Mała złapała mnie mocno za rękę… uświadomiłam sobie wtedy, że to jej pierwsza wizyta w takim miejscu. Miałam łzy w oczach widząc jej uśmiech, gdy powiedziała do niej – Spójrz, która sukienka Ci się podoba, możesz sobie wybrać. Wyszłyśmy ze sklepu z dwiema, różowymi parami butów i siatką różowych ubrań. Wybrała je Naomi. Poszłyśmy na lody i ciastka. Tej radości, tych spojrzeń i uśmiechów nie zapomnę do końca życia. To był jeden z najpiękniejszych momentów w jej życiu, a także w moim…

Od stycznia Naomi mieszka znów w Salvation Home. Na farmie zostali sami chłopcy, więc musieliśmy zabrać Naomi, musieliśmy i chcieliśmy. Mała potrzebowała więcej uwagi, na farmie nie zrobiła progresu, jaki oczekiwaliśmy. Od kwietnia pójdzie do szkoły, póki co uczy się z nauczycielką w domu. Ma 100% jej uwagi i robi ogromne postępy – w zachowaniu, a także w nauce. Zaskakuje mnie każdego dnia. Kiedyś bała się do mnie podejść, nigdy o nic nie zapytała, nie odezwała się słowem, zwyczajnie nie potrafiąc i nie rozumiejąc języka angielskiego. Teraz jest pierwsza, która przybiega z pytaniami i zaczepkami, dużo się uśmiecha i bawi tak, jak bawią się dziewczynki w jej wieku. Nie mogę się nadziwić, jak pięknie rozkwitła…

IMG_6412

IMG_6399

IMG_6418

O tym co w środku i na zewnątrz

Uważany był za jednego z najbardziej pracowitych i inteligentnych chłopców. Zawsze przychodzi moment, że w jakiś sposób te opinie są weryfikowane przez życie. Dla niego przyszły razem z wynikami klasy 9. Miały być powalające. Były… takie sobie, raczej słabe.

Kłótnia z Mamą.
Ja sobie poradzę bez Ciebie. Nie muszę kontynuować szkoły.
Nie rozumiesz sedna. Nie musisz być idealny, nie każdy robi 9 lat w 5 lat, ale jak czegoś nie wiesz, poproś o pomoc. Ja wszystko wiem.
Dużo niepotrzebnych słów.

Po jakimś czasie przyszedł do mnie. Wiesz już o co chodzi? Wiesz, co teraz powinieneś zrobić?
Wiem, ale pomóż mi, proszę.
Ja za Ciebie tego nie zrobię.
Wiem, ale ja się boję, proszę pomóż mi.
Mom, Raban chce z Tobą porozmawiać…

Czasem niewiele potrzeba – tylko kogoś bliskiego obok, aby jedną decyzją nie zmarnować lat pracy, czasem życia… Tak mało rozglądamy się wokół, myśląc, że pod uśmiechami zawsze wszystko jest porządku, czasem dlatego że boimy się dotknąć czyichś ran, bo to nie nasza sprawa, czasem dlatego, że to zabiera nasz cenny czas… Pędzimy przez życie nie zastanawiając się, że ktoś właśnie teraz potrzebuje TWOJEJ pomocy, ale boi się o nią poprosić…

O złudzeniach i godności

Ogromny kompleks szpitalny, wszędzie pełno ludzi, koczują dzień i noc opiekując się swoimi bliskimi. Każdy oddział to ogromny hol, łóżka po sześć oddzielone kotarami. Oddział 22 łóżko numer 9 – Kelvin Mpundu.

W nocy z niedzieli na poniedziałek był wypadek, cztery osoby, jedna zmarła, wśród trzech pozostałych był dwudziestoletni Kelvin, przez lata mieszkający na ulicy, żadnej rodziny. Przyjechaliśmy sprawdzić, co się z nim dzieje. Evaristo podszedł do niego, aby porozmawiać, pomóc mu się napić jogurtu, Kelvin cały się trząsł, wszyscy wokół się śmiali, ja miałam łzy w oczach, a Evaristo spokojnie przytrzymuje go oraz jogurt tak, że Kelvin bez problemu mógł pić… Poszłam, aby porozmawiać z lekarzem: – Silne obrażenia głowy, jednak żadnych leków, w przypadku bólu – daj mu panadol, wypisany wczoraj, możecie go zabrać. Przenosimy Kelvina na wózek inwalidzki, aby zabrać go do auta, nie jest w stanie sam chodzić. Kupuję mu banany, mógłby je jeść bez końca. Zabieramy go do domu. Przez parę tygodni obserwuję, jak poprawia mu się stan zdrowia. Gdy jest już w stanie chodzić… odchodzi…

Prosta, codzienna historia bez szczęśliwego zakończenia. Nie mam złudzeń, że nie wszystkich da się wyrwać z ulicy. Przyjdzie dzień, że zadzwonią już nie z UTH, ale z kostnicy. Jednak póki dzwonią z UTH każdemu należy się godna opieka.