Samochód dla Zambii

Samochód był dla nas jedną z pierwszych naszych potrzeb. To wiedziałam od dnia przyjazdu tu. Nie mogłam już znieść tego, że trzeba jechać na ulicę, bo coś się stało, a my nie możemy, bo… nie mamy transportu, bo co drugi dzień auto jest zepsute… Widywałam naszego mechanika częściej niż rozmawiałam z moimi rodzicami.

Obiecałam sobie wówczas, że to zrobię co mogę, aby kupić nowe auto. Ale co ja mogę zrobić… W akcję włączyła się Fundacja Usłyszeć Afrykę (Wam przede wszystkim dziękuję, że zaufaliście i uwierzyliście, że ta akcja się powiedzie!:)) Umieściłam informację w internecie oraz rozesłałam do znajomych. Wtedy wydarzyło się wiele cudów :)

W ciągu 6 miesięcy ponad 150 osób dobrej woli, w tym Parafia Matki Bożej Częstochowskiej w Zielonce – moja rodzinna parafia oraz No bell Szkoła Podstawowa Montessori w Konstancinie – Jeziornie, gdzie pracowałam przed wyjazdem – wpłaciło równo 27 tysięcy zł. Bardzo bym chciała podziękować każdej osobie – więc jeśli jesteś jedną z tych osób – Tobie właśnie z całego serca dziękuję! :) Dziękuję ja, ale także Mama Carol, wszystkie dzieci, które są pod opieką Action for Children Zambia oraz dzieci ulic zambijskich, którym także to auto będzie służyło w pomocy kryzysowej.

Kupiliśmy używanego Nissana X-Trail, pieniędzy wystarczyło także na drobne naprawy, wszelkie kwestie formalne związane z samochodem, zostało nawet trochę na benzynę :)

Gdyby nie Wy – my nie moglibyśmy wykonywać naszej pracy – DZIĘKUJEMY!

IMG_6309

IMG_6331

IMG_6363

IMG_6358

Mycia czas… :)IMG_6440

IMG_6439

Uwierz w ducha

Małe miasteczko Chillabombwe, 10 km od granicy z Kongo. Siedzę w samochodzie, ze wszystkich stron biegną ludzie, sto, dwieście, trzysta, czterysta, już ponad pięćset osób zgromadziło się wokół domu i wokół nas… obok mnie Agnieszka ze łzami w oczach – Spójrz jak się cieszą, czekali na niego. Ja wciąż nie mogę w to uwierzyć. Za chwilę wpada brat Jacek, w Zambii znany jako Brother Izaak – Jedziemy na policję, zaraz rozniosą nas i ten samochód.

Wizyty domowe to jeden z elementów programu przywracania dziecka z ulicy do rodziny. Brat Jacek prowadzi dom dla dzieci ulicy Hope of Hope (Dom Nadziei) w Lusace. W sierpniu, kiedy są wakacje w szkole, zabiera swoich podopiecznych, aby spędzili niektórzy jeden dzień, niektórzy dwa tygodnie u swoich rodzin. Tym razem zabrał siedmiu chłopców, a także nas, abyśmy doświadczyły, jak wyglądają wizyty domowe. Z początku wszystko było dość przewidywalne – domy ubogie, rodziny niepełne, brakuje wszystkiego. U chłopców wyczuć można z każdym kilometrem zwiększający się stres i napięcie. Powitania niektóre dość oficjalne, a inne bardzo radosne. Długa droga, krótkie rozmowy. Po 12 godzinach podróży dojeżdżamy do Chillabombwe. – Tu trochę dłużej porozmawiam, bo pierwszy raz jestem u rodziców Lelka. Dopiero tydzień temu kiedy dowiedział się, że jedziemy w te okolice powiedział skąd naprawdę pochodzi. W Domu Nadziei był już 7 miesięcy. Brat Jacek zniknął za drzwiami domu razem z chłopcem, a wokół nas zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Ludzie biegli ze wszystkich stron, aby zobaczyć… ducha. Sypali się wzajemnie mąką (zwyczaj praktykowany na pogrzebach). Byli przekonani, że chłopiec nie żyje od kilku miesięcy. Jak się okazało ojciec szukał go, sprzedał telefon, aby pojechać do Serenje (największe na świecie skupisko Świadków Jehowy na kilometr kwadratowy), bo pastor powiedział mu, że tam jest jego syn. A jednak chłopiec właśnie przez ojca uciekł… bo go nie było, a gdy był, to bił. Tłum był nieprzewidywalny, raz ktoś rzucił, że brat Jacek jest Jezusem, a my świętymi, ludzie przychodzili, prosili o błogosławieństwo, dziękowali, za chwilę ktoś rzucił, że jesteśmy satanistami i porwaliśmy dziecko. Jacek przynajmniej to rozumiał, my niczego nieświadome uśmiechałyśmy się do wszystkich… Robiło się gorąco. Przyjechała policja i zabrali nas na najbliższy komisariat, aby spokojnie porozmawiać. O spokoju jednak nie można było mówić. Cały tłum przeniósł się razem z nami. Ktoś zaczął się bić w środku, ktoś inny na zewnątrz. – Boisz się? Nie bój się. My po prostu cieszymy się, że chłopiec odnalazł się – uspokajał mnie młody mężczyzna z wioski. – Po prostu jestem zaskoczona… Za chwilę znów zrobiło się nieprzyjemnie. Policjant wsiadł do samochodu i zawiózł nas tym razem na główny komisariat. Tam ludzie nie będą mieli odwagi przyjść. Brat Jacek zaczął tłumaczyć program, według którego prowadzony jest Dom Nadziei. Powoli, spokojnie. – Jeśli nie pozwolicie chłopcu wrócić z nami, za tydzień ucieknie znów. Tym razem go już nie znajdziemy. Zmieni imię i nazwisko. Nie będzie miał do nas zaufania. Stracicie go. 7 miesięcy zajęło nam zdobycie jego zaufania. Dopiero po 7 miesiącach powiedział, gdzie jest jego prawdziwy dom. Rodzice byli przeciwni. Dziecko uciekło z domu – wstyd. – To się zdarza – tłumaczył  Jacek. – Były u mnie dzieci ministrów i wysoko postawionych urzędników. To po prostu się zdarza… To prawda, że my jako dorośli powinniśmy decydować o dziecku, ale posłuchajmy go, może on chce coś nam przez to powiedzieć. Wtedy to ja miałam łzy w oczach… To była prawdziwa walka o dziecko. Nie chodziło o dumę, o to, kto ma rację, kto ma władzę czy pieniądze. Dziecko było w centrum.

Kiedy odebraliśmy chłopca następnego dnia rano z komisariatu policji poczuliśmy ulgę – on i my. Wracamy do Lusaki, a w głowie milion myśli.

Dorota

 

Aga