Ciężarówka

Ciężarówka to dobro pożyczone. Jest własnością pewnego człowieka, który co jakiś czas przyjeżdża do Zambii, ale w czasie kiedy go nie ma możemy ją używać. Z ciężarówką jest dużo historii, wozi szkolną drużynę sportową na zawody, grupę charyzmatyczną na spotkania, grupę kościelną holy childhood na animacje, ale także 2 tony jedzenia dla kurczaków, piasek i żwir na budowę, materiały budowlane, ciężarówka także szukała ciała zmarłego w środku rezerwatu lwów… Jeździ po drogach i po buszu. Ciężarówka służy dobrze i intensywnie dopóki… działa. Nieraz się psuje, wtedy niestety każdy jest mechanikiem i wie jak ją naprawić… przez co psuje się częściej… Ale co zrobić, kiedy jesteś w środku buszu i ona właśnie wtedy się popsuje? Ani lawety, ani dobrego mechanika… Dopiero wtedy rozumiem stwierdzenie ‚bezsilność wobec rzeczy martwych’.

Zadzwonili z farmy – ‚jedzenie dla kurczaków się kończy’. A ciężarówka ma jedną nogę niesprawną – jedno koło jest starte tak, że jest to już przestępstwo. Na tych 100 km do Chongwe trzeba przejechać przez co najmniej dwa patrole policyjne, które zatrzymują wszystkie samochody. Pomyślałam więc, że pojadę późnym wieczorem to może nie zwrócą uwagi na koła. Pierwszy patrol: Koło niesprawne… 200 kwacha. Powiedziałam: Nie… nie ma mowy, nie zapłacę. Zgadzam się, że to przestępstwo, ale nie zapłacę. Jeden oficer, drugi i trzeci, trochę mojej gry aktorskiej i mogę jechać. Drugi patrol już bez problemów nie zwrócili uwagi na koła. Jeszcze tylko 20 km i będziemy na farmie… ok. godz. 23.00 Pyr pyr pyr pyr… ciężarówka staje. Problem z akumulatorem – terminal nie łączy z kablem, dlatego nie da się ruszyć – ba! nawet ja już jestem mechanikiem! Kombinujemy, naprawiamy, próbujemy… Przejechaliśmy w ten sposób 10 km. I stop. Nic więcej nasza ciężarówka nie chce z siebie wydusić… Jeszcze tylko 10 km… Dochodzi północ – jest naprawdę zimno… (W Zambii jest już zima!) Orientuję się, że nie mam żadnych pieniędzy na koncie w telefonie, ze strachem pytam Muviwę, mówi, że ma. Dzwonimy do domu, że dziś nie dojedziemy nigdzie… Próbujemy dodzwonić się na farmę – tam jest Jonathan, on zawsze wiedział jak to naprawić. Jonathan nie odbiera, ma rozładoway telefon – dopiero ok. 8 rano zacznie ładować telefon, jak włączą generator. Jesteśmy w buszu, nie ma pomocy nigdzie – z tym też trzeba się czasem pogodzić – będziemy spać w ciężarówce. Spać to za dużo powiedziane… jest na to za zimno, widzę parę z naszych oddechów. Minuty mijają powoli… 1 w nocy, 2, 3, 4 robi się mroźnie, 5, 6… już nie wytrzymuję, wszystko jest zdrętwiałe. O 6.30 mówię do Muviwy, że idę na farmę. Powiem Jonathanowi, żeby przyszedł. Ruszam i łapię pierszy nadjeżdżający samochód, podwozi mnie 4 km do skrzyżowania. Tu już pozostaje mi iść pieszo 6 km. Przez godzinę nic nie przejeżdża. Dochodzę do farmy, chłopcy patrzą na mnie zaskoczeni… rozmawiam chwilę z Jonathanem, który za chwilę rusza z kilkoma narzędziami i czystą wodą. Dotrze trochę szybciej, bo na farmie jest rower. Ja idę prosto do łóżka…

Idę spać, ale nie na długo. Za godzinę zadzwonią, że problem nie jest jeszcze rozwiązany… że trzeba jechać do Lusaki, że jest kilka innych spraw… już nie wściekam się, że coś się nie układa, że na coś trzeba długo czekać, że czasem jest bardzo trudno. To wszystko jest gdzieś obok, przyjmuję to jako listę wyzwań, które trzeba podjąć, rozwiązać. Czasem stracimy pieniądze przez nieuczciwych ludzi, czasem zdarzy się coś nie po naszej myśli… niektóre rzeczy trzeba zapomnieć i iść do przodu. Oddać Bogu to na co nie mamy wpływu i uczyć się na błędach. Życie jest za krótkie…

A to po 3 dniach akcja ratunkowa ciężarówki :)

IMG_20140601_120616276

IMG_20140601_122609797

Zmiany

Gorden Mubita

Gordena zabrałam z ulicy bardzo szybko. W najlepszym momencie. Był tam tylko jeden dzień. To brat jednego z stałych mieszkańców ulicy – Richarda. Z Richardem dobrze się znamy – kiedyś pomogłam mu jak był bardzo chory, zabrałam go do szpitala, potem do domu, wyzdrowiał, ale nie mógł wytrzymać bez alkoholu, wrócił na ulicę. Gorden mieszkał z babcią, była bieda, nie było szkoły, jedzenia – nic. Ulica lepiej troszczy się o swoje dzieci. Gorden zdecydował, że jest w stanie żyć sam, spakował swoje rzeczy i wyszedł, aby nie wrócić. Takiego go spotkałam… z plecakiem, jeszcze w butach, już ze sticką. Krótka rozmowa – kim jesteś? W głowie odwieczne pytanie – zabrać czy nie, ta historia jest prawdziwa czy nie? Ale on nie miał wątpliwości – nie znam jej, nie wiem kim jest i gdzie chce mnie zabrać, ucieknę od niej jak najszybciej. Wcale mu się nie dziwię – też bym tak zareagowała… Usiadłam pogadać z innymi i zobaczyć, co się stanie. Nic na siłę. Zobaczyłam… Richarda szarpiącego się z bratem – Jak się zgodzi masz z nią iść, nie chcę cię widzieć na ulicy, masz iść do szkoły i mieć normalne życie, to jest dobre miejsce. Gorden był oporny, ale wrócił. Podszedł do mnie, zapytałam tylko – Chcesz ze mną iść? Potwierdził. Niepewnie, ze strachem przeszliśmy drogami St. Bonaventure do Salvation Home.

Kilka dni później chciałam go zabrać na wizytę domową. Przestarszył się, nie chciał. Przyszedł do mnie, że chce na ulicę, do brata. Rozmawialiśmy długo o życiu, o przyszłości. Musiałam wtedy jechać do miasta coś załatwić. Pojechał ze mną. Tego dnia było zimno. Staliśmy na światłach – po ulicy chodzili ludzie, jedni sprzedawali – doładowania do telefonu, wodę, jedzenie, różne gadżety, inni żebrali. Zobaczyliśmy chłopca, ok. 12 lat – sprzedawał wieszaki robione z drutu.

– Gorden, to jest czas, kiedy Ty musisz wybrać. Chcesz sprzedawać wieszaki na ulicy, żebrać i spać pod schodami czy chcesz iść do szkoły?

Emmanuel Matabata

Jest z nami już ponad 2 lata. Zawsze radosny i pomocny. Największy uśmiech świata. Uwielbia farmę i swoją szkołę. Czy coś się wydarzyło czy przyszedł trudny czas czy za dużo zmian czy nie mógł zapanować nad swoimi emocjami? Może wszystko naraz. Emma uciekł. Zabrałam go po kilku dniach. Buntował się, chciał znowu uciekać. Dużo rozmów. W końcu ta ostatnia:
– Masz 13 lat. To niesprawiedliwe, ale tak Twoje życie się ułożyło, że sam musisz zdecydować, jak dalej potoczy się Twoje życie. Jednak musisz zdecydować. Chcesz skończyć z AIDS tułając się po ulicy czy chcesz zostać i skończyć szkołę?
– Chcę zostać.
I od tej pory Emma nie ma pomysłów na uciekanie. Nie znaczy to, że rozwiązały się wszystkie jego problemy. Jednak na razie nie rozwiązuje już ich przez uciekanie…

Takie dylematy ma każdy z chłopców, który kiedyś wybrał ulicę. Niezależnie, czy jest z nami kilka tygodni czy kilka lat. O nikim nie można powiedzieć, że nigdy już nie ucieknie. O te dzieci trzeba walczyć do końca.

Lovemore Sakala

Musiałam zrobić zakupy w mieście. Przeważnie zabieram któregoś z chłopców, dlatego, że lubią i pomagają, a także dlatego, że uczą się, że te rzeczy mają wartość, to nie pojawia się z nikąd w spiżarni, za to się płaci.
Tego dnia Lovemore pojechał ze mną. Jednym z punktów zakupowych było centrum handlowe Pick&Pay Makeni. To było kiedyś miejsce Lovemore’a… Tam żebrał na światłach. Obserwowałam go. Kiedyś jeden z tych żebrających, teraz już tylko pozdrowił swoich kolegów z ulicy. Lovemore – uczeń piątej klasy, od ponad 7 miesięcy nie spał na ulicy. Jeden z pracowników supermarketu poznał go: „Witaj przyjacielu, jak się masz? Wesołych Świąt Wielkanocnych!” Lovemore speszył się. Zapytałam go, czy zna tego mężczyznę. – „Tak, czasem dawał nam jedzenie, które się psuło lub traciło ważność”. Wróciliśmy w ciszy do samochodu.

– Lovemore, ale warto było zmienić to życie?
– Tak – odpowiedział z pewnością w głosie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

fot. Kasia Wnuk

Samochód dla Zambii

Samochód był dla nas jedną z pierwszych naszych potrzeb. To wiedziałam od dnia przyjazdu tu. Nie mogłam już znieść tego, że trzeba jechać na ulicę, bo coś się stało, a my nie możemy, bo… nie mamy transportu, bo co drugi dzień auto jest zepsute… Widywałam naszego mechanika częściej niż rozmawiałam z moimi rodzicami.

Obiecałam sobie wówczas, że to zrobię co mogę, aby kupić nowe auto. Ale co ja mogę zrobić… W akcję włączyła się Fundacja Usłyszeć Afrykę (Wam przede wszystkim dziękuję, że zaufaliście i uwierzyliście, że ta akcja się powiedzie!:)) Umieściłam informację w internecie oraz rozesłałam do znajomych. Wtedy wydarzyło się wiele cudów :)

W ciągu 6 miesięcy ponad 150 osób dobrej woli, w tym Parafia Matki Bożej Częstochowskiej w Zielonce – moja rodzinna parafia oraz No bell Szkoła Podstawowa Montessori w Konstancinie – Jeziornie, gdzie pracowałam przed wyjazdem – wpłaciło równo 27 tysięcy zł. Bardzo bym chciała podziękować każdej osobie – więc jeśli jesteś jedną z tych osób – Tobie właśnie z całego serca dziękuję! :) Dziękuję ja, ale także Mama Carol, wszystkie dzieci, które są pod opieką Action for Children Zambia oraz dzieci ulic zambijskich, którym także to auto będzie służyło w pomocy kryzysowej.

Kupiliśmy używanego Nissana X-Trail, pieniędzy wystarczyło także na drobne naprawy, wszelkie kwestie formalne związane z samochodem, zostało nawet trochę na benzynę :)

Gdyby nie Wy – my nie moglibyśmy wykonywać naszej pracy – DZIĘKUJEMY!

IMG_6309

IMG_6331

IMG_6363

IMG_6358

Mycia czas… :)IMG_6440

IMG_6439

O tym co w środku i na zewnątrz

Uważany był za jednego z najbardziej pracowitych i inteligentnych chłopców. Zawsze przychodzi moment, że w jakiś sposób te opinie są weryfikowane przez życie. Dla niego przyszły razem z wynikami klasy 9. Miały być powalające. Były… takie sobie, raczej słabe.

Kłótnia z Mamą.
Ja sobie poradzę bez Ciebie. Nie muszę kontynuować szkoły.
Nie rozumiesz sedna. Nie musisz być idealny, nie każdy robi 9 lat w 5 lat, ale jak czegoś nie wiesz, poproś o pomoc. Ja wszystko wiem.
Dużo niepotrzebnych słów.

Po jakimś czasie przyszedł do mnie. Wiesz już o co chodzi? Wiesz, co teraz powinieneś zrobić?
Wiem, ale pomóż mi, proszę.
Ja za Ciebie tego nie zrobię.
Wiem, ale ja się boję, proszę pomóż mi.
Mom, Raban chce z Tobą porozmawiać…

Czasem niewiele potrzeba – tylko kogoś bliskiego obok, aby jedną decyzją nie zmarnować lat pracy, czasem życia… Tak mało rozglądamy się wokół, myśląc, że pod uśmiechami zawsze wszystko jest porządku, czasem dlatego że boimy się dotknąć czyichś ran, bo to nie nasza sprawa, czasem dlatego, że to zabiera nasz cenny czas… Pędzimy przez życie nie zastanawiając się, że ktoś właśnie teraz potrzebuje TWOJEJ pomocy, ale boi się o nią poprosić…

Z życia wiejskiej dziewczyny

Nasza wioska oddalona jest od najbliższego miasteczka o 30 km. Miasteczko to nazywa się Chongwe i choć jest dość niewielkie jest tam kilka szkół, w trzech z nich uczą się nasi podopieczni.

Po wyszykowaniu chłopców do szkoły, o godz. 6.50 wyruszam w drogę. Nad polami rozciąga się mgła, na trawach krople rosy, słońce wstaje, busz budzi się do życia. Przede mną nieco ponad 6 km drogi piechotą, aby złapać bus do Chongwe. Po drodze rytuał pozdrowień z wioskową starszyzną pracującą na polach oraz gromadkami dzieci zmierzającymi do szkoły. Ku własnemu zaskoczeniu udało mi się nawet przeprowadzić kilka konwersacji w lokalnym języku. Licząc po cichu na jakikolwiek transport w kierunku skrzyżowania kilometry mijały… 1… 2… 3… 4… 5… 6… Przejechały 3 auta, wszystkie w przeciwnym kierunku… Ok. 8.00 dotarłam do głównej drogi i złapałam bus jadący do Chongwe, to już tylko nieco ponad 23 km i jestem na miejscu.

Pierwsze kroki skierowałam w stronę kościoła katolickiego, aby porozmawiać z Księdzem Gabrielem. Dwóch księży tam pracujących ma pod swoją opieką 52 kościoły w „okolicy”, między innymi nasz w Chamulimbie. Ksiądz wyznaczył nam najbliższy termin Eucharystii na 1 marca. To wielkie wydarzenie dla naszej społeczności.

Drugi mój cel to Jatamo, szkoła z internatem, gdzie uczy się siedmiu naszych chłopców. „Dorothy!” – zawsze słyszę od wejścia. Dwie nauczycielki witają mnie jak moje serdeczne przyjaciółki ;) – Jak sprawują się nasi chłopcy? Czy są jakieś problemy? Jak wysokie są opłaty egzaminacyjne? Do kiedy trzeba wpłacać? itp… długa seria pytań. Z klas lekcyjnych zobaczyli mnie moi zambijscy bracia i przybiegli się przywitać :) Szybko jednak musieli wracać na lekcje. Tylko Chungu stoi i nie chce iść… – Chcesz pogadać? Chodź, pójdziemy razem odwiedzić Charlesa i sprawdzić jak się czuje, kilka dni temu dzwonili ze szkoły, że ma malarię. Zwolniłam Chungu z lekcji i poszliśmy.

Szkoła Charlesa jest oddalona od głównej drogi o 2 km. Droga jest niby prosta, ale jak skręci się źle to można się zgubić na dobre. Kolejna seria pytań o zdrowie, zachowanie w szkole i opłaty egzaminacyjne. Na szczęście Charles czuje się już dobrze, przywitał nas z uśmiechem na twarzy, z którego ja wyczytałam najważniejsze dla niego: Martwiliście się o mnie… Droga powrotna do Jatamo, aby odmeldować powrót Chungu i muszę się powoli zbierać. Jeszcze tylko jedna rozmowa z dyrektorem szkoły, kupienie ryb na targu i w gąszczu busów odnajduję taki, który podwiezie mnie do mojego skrzyżownia, oczywiście jak się zapełni, co zwykle trwa od godziny do dwóch. Aby sobie samej zrobić żart, zapytałam kierowcę, kiedy bus odjeżdża, odpowiedział: Za pięć minut… Pośmialiśmy się chociaż trochę.

Na skrzyżowaniu kupuję wodę, przede mną 6 km. Po cichu znów liczę na cokolwiek. 1… 2… 3… 4… 5… 6… kilometrów. Przyjechały 3 auta, wszystkie w przeciwnym kierunku… Na farmę dotarłam ok. 16.00. Szybka kąpiel i czekam aż chłopcy wrócą ze szkoły.

Życie w buszu do najłatwiejszych nie należy, czasem trzeba się sporo nachodzić… :)

 

Poranne widoki:)

Photo0960 - Kopia

 

Photo0963

 

Photo0964

Wczesne rodzicielstwo

Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że stanę się samotną matką dla 6 dojrzewających, 14-letnich chłopców…
Otóż jak to się stało… ;)

Na farmie z nowym rokiem przyszło wiele zmian, szczególnie w kwestiach personelu pracującego. Pożegnaliśmy się z menagerem oraz jedną rodziną, która u nas pracowała, próbę zarządzania farmą w styczniu podjął jeszcze młody – 25-letni zambijczyk, jednak i on spasował przy naszych łobuzach ;) Powitaliśmy za to na farmie Briana, który przejął rolę zarządzania naszą sporą gromadką kurczaków oraz ogrodem warzywnym i jak na razie próbuje się.

Potrzebowaliśmy jeszcze rodziny dla jednego domu, w którym mieszka owych 6 rozbójników.
Idea „rodziny” jest taka, aby chłopcy czuli się zaopiekowani, aby byli ludzie, którzy zatroszczą się o sprawdzenie ich pracy domowej, opatrzenie zdartego kolana, zacerowanie spodni, którzy usiądą z nimi wieczorem i porozmawiają o minionych dniu, poczytają wspólnie książki czy pograją w warcaby, a przede wszystkim zrobią to wszystko z miłością, jakiej Ci chłopcy w swoim dzieciństwie niestety nie doświadczyli.

Chcąc bardziej kontrolować sytuację na farmie, która ostatnio bardzo nas niepokoiła, Mama Carol pojechała na farmę, aby uporządkować sprawy oraz przejąc pod opiekę dom „bez rodziców”. Podczas tego czasu nastąpiło dużo pozytywnych zmian, szczególnie organizacji tego miejsca. Ja w tym czasie miałam pod opieką Salvation Home.

Po tygodniu zamieniłyśmy się i tak oto stałam się mamą dla 6 chłopców. Pewnie część z Was czytających to wie lepiej niż ja, że nie bez powodu okres ciąży trwa 9 miesięcy, nie bez powodu dzieci rodzą się małe i dorastają przechodząc różne kryzysy, aby nie tylko oni, ale także ich rodzice nauczyli się z nimi radzić. Moje dzieci są duże, nie tylko pod względem wzrostu, wszyscy prawie wyżsi ode mnie, ale także są bogaci w różne, szczególnie trudne doświadczenia. Tylko dzięki temu, że trochę razem przeszliśmy, poczynając od tego, że po roku wróciłam do nich, a w ciągu ostatniego pół roku nie raz zabierałam ich z ulicy, starając się wymazać tę pustkę, którą mają w oczach po narkotykach, że spędziliśmy długie godziny na wspólnej nauce, grach czy wyprawach do buszu, także przez to, że bardzo szybko przestałam być dobrą ciocią, która na wszystko pozwala i nauczyłam się stawiać im granice. Zaakceptowali mnie jako rodzica. Zdobycie ich zaufania to nie jest prosta sprawa i to nie trwa tydzień, dwa czy nawet dziesięć tygodni, to miesiące i wspólne doświadczenia. Nawet ja mam świadomość, że są rzeczy, z którymi jeszcze do mnie nie przyjdą. Dzieci ulicy z zasady nie ufają nikomu.

Tak więc już od tygodnia mamuję łobuzom. Dzień zaczynamy o 5.00 – budzę ich przystawiając im do uszu telefon, z którego płynie muzyka, śmieję się, kiedy widzę, że Nelson nie może otworzyć oczu, bo siła grawitacji, łóżkowego przyciągania jest zbyt duża, ale z uśmiechem na buzi śpiewa słowa mojej ulubionej zambijskiej piosenki. Gromadzimy się ma modlitwie, sprzątamy razem nasz dom, potem śniadanie i chłopcy przygotowują się do szkoły. Rano sprawdzam czy mundurki szkolne są kompletne, czy buty wypastowane, czy książki spakowane, dopytuję, kiedy wrócą ze szkoły, razem jemy obiad, odrabiamy lekcje, czytamy, wysłuchuję ich: „ja, ja ucieknę, jak mi nie pozwolisz!” oraz „on mi zabrał to, to było moje!”, kupuję maści na trądzik i kolekcjonuję podarte spodnie, aby wszystkie razem potem zabrać do krawcowej, zaklejam plasterkami zranione miejsca. Wieczorem siadamy w naszym saloniku i rozmawiamy o tym, co lubimy jeść, co lubimy robić, jak było w szkole, czasem przynoszę im ciastka, które bardzo lubią, czasami puszczam im muzykę z telefonu i tańczą tak, że nie mogę uwierzyć, że tego wszystkiego nauczyli się z filmów, razem żartujemy i śmiejemy się, rozmawiamy o przyszłości, ich marzeniach i planach. O 20.00 zaczynamy modlitwę śpiewem. A śpiewać moi chłopcy potrafią jak nikt na tym świecie… :) 21.00 to czas, kiedy chłopcy powinni już spać. Przez pół godziny jeszcze uciszam ich z mojego pokoju, aż czasem muszę do nich wstać i posiedzieć w ich pokojach, aż zasną bez gadania :) Są dni, kiedy muszę im czegoś zabronić lub za coś ukarać, są dni, kiedy mamy świetną zabawę przez cały dzień.

Analizuję czasem ich zachowania i reakcje, zwyczajne życie w afrykańskim buszu i jego problemy nie różnią się de facto wiele od mojego polskiego życia. Oczywiście realia są kompletnie różne, ale tak jak w Polsce ja kiedyś kłóciłam się z moimi koleżankami w szkole, tak samo i oni tutaj, przychodziłam do mamy z rozdartymi spodniami czy z pracą domową, czasem robiłam, co chciałam wychodząc z domu bez pozwolenia, za co dostawałm szlaban, tak jak i tutaj daję szlaban chłopcom, jak wychodzą z domu bez pozwolenia. Nie są z tego powodu zbyt szczęśliwi, ale kto z nas w ich wieku był… ;)

Ja sama musiałam jednak przejechać te wszystkie kilometry, aby zrozumieć, jak wiele w moim życiu nauczyli mnie moi rodzice – pracy, odpowiedzialności, organizacji czasu i przestrzeni, dbania o rzeczy, a przede wszystkim ludzi.

A moja mała buszowa rodzinka, choć jest nieco dysfunkcyjna, bo jestem samotną matką, która co tydzień zamienia się z inną samotną matką, jest szalenie szczęśliwa, bo Ojca za to mamy najlepszego, Niebieskiego… :)

IMG_0778

Dziękujemy!

Dziękujemy!

… za podarowanie okularów korekcyjnych dla Richarda, Lovemore’a, Chrisa i Sylvestra, Panu optykowi Bogusławowi Dąbrowskiemu, Paniom: Magdalenie Dąbrowskiej, Paulinie Borzęckiej i Pani Renacie Niemczuk-Kozłowskiej za sprawne pilotowanie akcji oraz Januszowi Korzeniowskiemu za przewiezienie cennej przesyłki.

Chłopcy nieziemsko się ucieszyli z okularów, przesyłają gorące pozdrowienia i szczere podziękowania! A my cieszymy się z ich postępów w nauce dzięki temu niezwykłemu prezentowi… :)))

blog

Dziękujemy!

… sponsorom szkolnym naszych chłopców za okazywaną stałą pomoc za pośrednictwem Fundacji Usłyszeć Afrykę! Bez tego przyszłość edukacyjna naszych podopiecznych byłaby niepewna, z Wami jest możliwa!

Z czystym sumieniem mogę przyznać, że to z czego dzieci tutaj naprawdę się cieszą to SZKOŁA… to czego pragną i to co trzyma ich daleko od ulicy…

Bupe koniecznie chciał zaprezentować swoje nowe skarpetki i buty szkolne :)

(zdjęcie z początku stycznia)

Bupe

Dziękujemy!

… Adasiowi Tomali za przekazanie komputera dla naszych podopiecznych. Chłopcy bardzo lubią oglądać na nim filmy. Rozrywka to także coś, co trzyma ich w domu i pozwala zapomnieć o życiu na ulicy…

laptop

Dziękujemy!

… wszystkich osobom, które włączyły się w przesłanie paczek do nas… ubrania, przybory szkolne, akcesoria kuchenne, sprzęt sportowy, maszyna do szycia (aż żałuję, że nie widzieliście radości Malamy na jej widok! A my już nie musimy chodzić do krawca, gdy coś się zepsuje! :)) i wiele wiele innych…

Tu jest mi trudno wymienić Was wszystkich z imienia i nazwiska, ale Pan Bóg zna Was wszystkich oraz dobro, które czynicie i nie zapomni go Wam.

My Was wszystkich otaczamy modlitwą. Każdego dnia o 5 rano modlimy się za naszych darczyńców i wszystkich, którzy w sposób duchowy czy materialny wspierają nas.

Jesteście przez to częścią naszej Rodziny! :)