Salvation Home

Salvation Home od strony ulicy…

20140606_154355A w środku… Rocky obserwuje mecz ;)

20140613_152025Zabawy z wodą

20140606_153513Geshom dba o ogródek

20140530_155752 - KopiaNaomi & Maria

20140530_155558 - KopiaChama bawi się na oponie w promieniach słońca…

20140530_155513I tak życie płynie nam bez laptopów i tabletów… Czy jesteśmy ubożsi przez to? Czy mamy mniej rozrywki? Nie sądzę… :) Bardzo lubię te momenty. Usiąść gdzieś obok i obserwować ich, kiedy grają w piłkę, bawią się, pracują… Jest tak po prostu – tak normalnie… :)

Zmiany

Gorden Mubita

Gordena zabrałam z ulicy bardzo szybko. W najlepszym momencie. Był tam tylko jeden dzień. To brat jednego z stałych mieszkańców ulicy – Richarda. Z Richardem dobrze się znamy – kiedyś pomogłam mu jak był bardzo chory, zabrałam go do szpitala, potem do domu, wyzdrowiał, ale nie mógł wytrzymać bez alkoholu, wrócił na ulicę. Gorden mieszkał z babcią, była bieda, nie było szkoły, jedzenia – nic. Ulica lepiej troszczy się o swoje dzieci. Gorden zdecydował, że jest w stanie żyć sam, spakował swoje rzeczy i wyszedł, aby nie wrócić. Takiego go spotkałam… z plecakiem, jeszcze w butach, już ze sticką. Krótka rozmowa – kim jesteś? W głowie odwieczne pytanie – zabrać czy nie, ta historia jest prawdziwa czy nie? Ale on nie miał wątpliwości – nie znam jej, nie wiem kim jest i gdzie chce mnie zabrać, ucieknę od niej jak najszybciej. Wcale mu się nie dziwię – też bym tak zareagowała… Usiadłam pogadać z innymi i zobaczyć, co się stanie. Nic na siłę. Zobaczyłam… Richarda szarpiącego się z bratem – Jak się zgodzi masz z nią iść, nie chcę cię widzieć na ulicy, masz iść do szkoły i mieć normalne życie, to jest dobre miejsce. Gorden był oporny, ale wrócił. Podszedł do mnie, zapytałam tylko – Chcesz ze mną iść? Potwierdził. Niepewnie, ze strachem przeszliśmy drogami St. Bonaventure do Salvation Home.

Kilka dni później chciałam go zabrać na wizytę domową. Przestarszył się, nie chciał. Przyszedł do mnie, że chce na ulicę, do brata. Rozmawialiśmy długo o życiu, o przyszłości. Musiałam wtedy jechać do miasta coś załatwić. Pojechał ze mną. Tego dnia było zimno. Staliśmy na światłach – po ulicy chodzili ludzie, jedni sprzedawali – doładowania do telefonu, wodę, jedzenie, różne gadżety, inni żebrali. Zobaczyliśmy chłopca, ok. 12 lat – sprzedawał wieszaki robione z drutu.

– Gorden, to jest czas, kiedy Ty musisz wybrać. Chcesz sprzedawać wieszaki na ulicy, żebrać i spać pod schodami czy chcesz iść do szkoły?

Emmanuel Matabata

Jest z nami już ponad 2 lata. Zawsze radosny i pomocny. Największy uśmiech świata. Uwielbia farmę i swoją szkołę. Czy coś się wydarzyło czy przyszedł trudny czas czy za dużo zmian czy nie mógł zapanować nad swoimi emocjami? Może wszystko naraz. Emma uciekł. Zabrałam go po kilku dniach. Buntował się, chciał znowu uciekać. Dużo rozmów. W końcu ta ostatnia:
– Masz 13 lat. To niesprawiedliwe, ale tak Twoje życie się ułożyło, że sam musisz zdecydować, jak dalej potoczy się Twoje życie. Jednak musisz zdecydować. Chcesz skończyć z AIDS tułając się po ulicy czy chcesz zostać i skończyć szkołę?
– Chcę zostać.
I od tej pory Emma nie ma pomysłów na uciekanie. Nie znaczy to, że rozwiązały się wszystkie jego problemy. Jednak na razie nie rozwiązuje już ich przez uciekanie…

Takie dylematy ma każdy z chłopców, który kiedyś wybrał ulicę. Niezależnie, czy jest z nami kilka tygodni czy kilka lat. O nikim nie można powiedzieć, że nigdy już nie ucieknie. O te dzieci trzeba walczyć do końca.

Lovemore Sakala

Musiałam zrobić zakupy w mieście. Przeważnie zabieram któregoś z chłopców, dlatego, że lubią i pomagają, a także dlatego, że uczą się, że te rzeczy mają wartość, to nie pojawia się z nikąd w spiżarni, za to się płaci.
Tego dnia Lovemore pojechał ze mną. Jednym z punktów zakupowych było centrum handlowe Pick&Pay Makeni. To było kiedyś miejsce Lovemore’a… Tam żebrał na światłach. Obserwowałam go. Kiedyś jeden z tych żebrających, teraz już tylko pozdrowił swoich kolegów z ulicy. Lovemore – uczeń piątej klasy, od ponad 7 miesięcy nie spał na ulicy. Jeden z pracowników supermarketu poznał go: „Witaj przyjacielu, jak się masz? Wesołych Świąt Wielkanocnych!” Lovemore speszył się. Zapytałam go, czy zna tego mężczyznę. – „Tak, czasem dawał nam jedzenie, które się psuło lub traciło ważność”. Wróciliśmy w ciszy do samochodu.

– Lovemore, ale warto było zmienić to życie?
– Tak – odpowiedział z pewnością w głosie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

fot. Kasia Wnuk

Samochód dla Zambii

Samochód był dla nas jedną z pierwszych naszych potrzeb. To wiedziałam od dnia przyjazdu tu. Nie mogłam już znieść tego, że trzeba jechać na ulicę, bo coś się stało, a my nie możemy, bo… nie mamy transportu, bo co drugi dzień auto jest zepsute… Widywałam naszego mechanika częściej niż rozmawiałam z moimi rodzicami.

Obiecałam sobie wówczas, że to zrobię co mogę, aby kupić nowe auto. Ale co ja mogę zrobić… W akcję włączyła się Fundacja Usłyszeć Afrykę (Wam przede wszystkim dziękuję, że zaufaliście i uwierzyliście, że ta akcja się powiedzie!:)) Umieściłam informację w internecie oraz rozesłałam do znajomych. Wtedy wydarzyło się wiele cudów :)

W ciągu 6 miesięcy ponad 150 osób dobrej woli, w tym Parafia Matki Bożej Częstochowskiej w Zielonce – moja rodzinna parafia oraz No bell Szkoła Podstawowa Montessori w Konstancinie – Jeziornie, gdzie pracowałam przed wyjazdem – wpłaciło równo 27 tysięcy zł. Bardzo bym chciała podziękować każdej osobie – więc jeśli jesteś jedną z tych osób – Tobie właśnie z całego serca dziękuję! :) Dziękuję ja, ale także Mama Carol, wszystkie dzieci, które są pod opieką Action for Children Zambia oraz dzieci ulic zambijskich, którym także to auto będzie służyło w pomocy kryzysowej.

Kupiliśmy używanego Nissana X-Trail, pieniędzy wystarczyło także na drobne naprawy, wszelkie kwestie formalne związane z samochodem, zostało nawet trochę na benzynę :)

Gdyby nie Wy – my nie moglibyśmy wykonywać naszej pracy – DZIĘKUJEMY!

IMG_6309

IMG_6331

IMG_6363

IMG_6358

Mycia czas… :)IMG_6440

IMG_6439

Ucieknę

Ucieknę, bo nie lubię jak mówisz mi, co mam robić.
Ucieknę, bo mi zabraniasz tego, na co akurat teraz mam ochotę.
Ucieknę, bo tylko to potrafię zrobić, gdy mam problem.
Ucieknę, bo wiem, że sobie poradzę na ulicy.
Ucieknę, bo chcę zatęsknić za Tobą.
Ucieknę, żeby sprawdzić, czy wciąż mnie kochasz.
Ucieknę, ale będę tam, gdzie zawsze.
Ucieknę, ale moje serce będzie biło szybciej w nadziei, że przyjdziesz po mnie.

Wątpiłam w to. Chłopcy grali, bawili się z nami w uciekanie i wracanie. Noce spędzone na poszukiwaniach, miałam wrażenie, że to bez sensu, że nie są gotowi. Już nawet nie umiałam zliczyć, ile razy zabierałam Nathana z ulicy, wiedząc, że za tydzień będzie ta sama zabawa w kotka i myszkę… Po 8 miesiącach patrzę na Nathana. Już 4 miesiące bez ucieczek, wydaje się stabilny, czasem tylko wspomina o ulicy, uwielbia swoją szkołę i sobotnie pieczenie, czuje się bezpieczny.

Ale w tej pracy ta zabawa się nie kończy. Teraz bawię się z Joshuą. Tylko mam więcej wiary w sercu :)

IMG_5225

Dziękujemy!

Dziękujemy!

… za podarowanie okularów korekcyjnych dla Richarda, Lovemore’a, Chrisa i Sylvestra, Panu optykowi Bogusławowi Dąbrowskiemu, Paniom: Magdalenie Dąbrowskiej, Paulinie Borzęckiej i Pani Renacie Niemczuk-Kozłowskiej za sprawne pilotowanie akcji oraz Januszowi Korzeniowskiemu za przewiezienie cennej przesyłki.

Chłopcy nieziemsko się ucieszyli z okularów, przesyłają gorące pozdrowienia i szczere podziękowania! A my cieszymy się z ich postępów w nauce dzięki temu niezwykłemu prezentowi… :)))

blog

Dziękujemy!

… sponsorom szkolnym naszych chłopców za okazywaną stałą pomoc za pośrednictwem Fundacji Usłyszeć Afrykę! Bez tego przyszłość edukacyjna naszych podopiecznych byłaby niepewna, z Wami jest możliwa!

Z czystym sumieniem mogę przyznać, że to z czego dzieci tutaj naprawdę się cieszą to SZKOŁA… to czego pragną i to co trzyma ich daleko od ulicy…

Bupe koniecznie chciał zaprezentować swoje nowe skarpetki i buty szkolne :)

(zdjęcie z początku stycznia)

Bupe

Dziękujemy!

… Adasiowi Tomali za przekazanie komputera dla naszych podopiecznych. Chłopcy bardzo lubią oglądać na nim filmy. Rozrywka to także coś, co trzyma ich w domu i pozwala zapomnieć o życiu na ulicy…

laptop

Dziękujemy!

… wszystkich osobom, które włączyły się w przesłanie paczek do nas… ubrania, przybory szkolne, akcesoria kuchenne, sprzęt sportowy, maszyna do szycia (aż żałuję, że nie widzieliście radości Malamy na jej widok! A my już nie musimy chodzić do krawca, gdy coś się zepsuje! :)) i wiele wiele innych…

Tu jest mi trudno wymienić Was wszystkich z imienia i nazwiska, ale Pan Bóg zna Was wszystkich oraz dobro, które czynicie i nie zapomni go Wam.

My Was wszystkich otaczamy modlitwą. Każdego dnia o 5 rano modlimy się za naszych darczyńców i wszystkich, którzy w sposób duchowy czy materialny wspierają nas.

Jesteście przez to częścią naszej Rodziny! :)

Bóg się rodzi

Dom jest pełen. Na 16 łóżkach śpi 60 osób. Są chłopcy z farmy, ze szkół z internatem, mieszkańcy Salvation Home. Rodzina spędza święta razem.

24 grudnia to w Polsce tradycyjnie dzień wigilijny. Tutaj nie zasiadaliśmy do stołu. Ten wieczór spędzaliśmy w społeczności naszego kościoła. Pięknie ubrani nasi podopieczni, wystrojeni w nowe koszule, spodnie, na nogach wybrane przez nich buty – poszliśmy do kościoła: koncert kolęd, jasełka przygotowane przez młodych, o 21.00 Msza Święta. Cała uroczystość trwała ponad 4 godziny. Tego dnia rodził się Jezus. Rodził się w milionach miejsc na świecie, a także w sercach naszych i wszystkich naszych dzieci. Siedziałam wzruszona po jednej stronie ławki, po drugiej Mama Carol, pomiędzy nami najmłodsi. Dzieci zasypiały nam na kolanach. Ktoś się dosiadł obok mnie – zobaczyłam szeroki uśmiech Gifta, którego znacie z lekcji o wybaczaniu. Tak, to także dzień wybaczenia sobie i innym. Dzień zapomnienia tego złego, bo Bóg zapomniał to nam, dając nam na świat swojego Syna. Po powrocie do domu rozmawialiśmy jeszcze chwilę o tym, co właśnie wydarzyło się na świecie – o Narodzinach Jezusa i zjedliśmy Jego ciasto urodzinowe. Wspólna modlitwa i czas iść do łóżek, bo następnego dnia czeka nas dużo pracy.

Mama Carol i dziewczyny :)

Mama & girls

Franco i Maria

Franco & Maria

Pomocnicy Świętego Mikołaja :)

1

25 grudnia – pierwszy dzień świąt. Choinki prawie nie widać spod góry prezentów. Dla nikogo nie zabrakło podarku. Dzieci roznosiły także prezenty świąteczne dla wszystkich naszych sąsiadów – ciastka i babeczki, które piekli wcześniej z Mamą Carol. Przygotowali także z wujkami duża paczkę świąteczną dla bardzo biednej rodziny z naszej dzielnicy. Uczymy się dzielić tym, co mamy, nawet jak nie mamy wiele. To dzień, kiedy każdy kto kiedykolwiek był z nami na różnym etapie życia wie dobrze, że może przyjść – przyjaciele, znajomi, sąsiedzi, a szczególnie Ci, którzy kiedyś byli mieszkańcami Salvation Home, a teraz mają swoje rodziny i przychodzą razem z nimi. To wzruszający moment. Przed obiadem Mama Carol pyta jedną z dziewczyn – Janet: „Byłaś, kiedy spędzaliśmy razem pierwsze święta 7 lat temu, pamiętasz, ile nas wtedy był?” Janet z uśmiechem odpowiada: „Może 12 osób…” Teraz jest nas 120… „Ojcze nasz” wypowiedziane ze 120 serc ma wielką moc. Od najmłodszych kolejka ustawia się, serwujemy świąteczny obiad. Cieszymy się tym, że możemy być razem.

W oczekiwaniu na prezenty… :)

2

2 (4)

Przygotowywanie obiadu świątecznego

2 (5)

„Chłopcy, obierzcie ziemniaki na obiad!” ;)

3 (3)

Modlitwa przed posiłkiem i ekipa nakładająca :)

2 (2)

Wspólne radosne spędzanie czasu :)

2 (3)

26 grudnia to ustawowo dzień pracy w Zambii. U nas to drugi dzień świąt. A dla niektórych naszych gości to właśnie są całe święta. Ten dzień zaczynamy o 4 rano. Jak inaczej ugotować obiad dla ponad 300 osób? Tylu właśnie dzieciaków spodziewamy się tego dnia. Tego dnia nie idziemy na ulicę, to dzieci z ulicy przychodzą do nas. O 10.00 zbierają się w domu – przychodzą lub przyjeżdżają zorganizowanym transportem. Do pomocy są wszyscy wujkowie (nasi starsi podopieczni, którzy już mniej są podopiecznymi, a więcej wychowawcami) w pełnej gotowości. Każdy ma jakieś zadanie. Spodziewam się zachowania ulicznego, ale dzieciaki mile nas zaskakują. Jest radość, pomiędzy nami pokój. Mogą się wykąpać. Część idzie grać w piłkę nożną na okoliczne boisko. Siadamy, rozmawiamy, gramy, rysujemy, oglądamy filmy. Dzieci są wszędzie, gdzie nie zajrzysz, tam ich znajdziesz. W domu, w którym na co dzień mieszka ok. 25 osób, teraz jest ponad 300. Przed obiadem zaskoczył nas silny deszcz. Wujkowie stają na wysokości zadania, aby zorganizować przestrzeń i porządek. Ok. 18.00 odjeżdża ostatni bus do miasta. Wykończeni sprzątamy dom. Wszędzie pełno wody, ale przynajmniej już nie leci ona z nieba. Nastała cisza, jakiej dziś jeszcze nikt z nas nie doświadczył. Patrzę na twarze ludzi, którzy dziś pracowali od rana, aby zorganizować święta dla dzieci z ulicy. Udało się, kolejny rok udało się. Nawet oni mieli swoje święta.

3

3 (2)

3 (4)

3 (5)

Wykończona zasypiam bardzo wcześnie, budzę się dopiero po 12 godzinach.

What is love?

Codziennie rano o godzinie 5.00 spotykamy się wszyscy razem. Niektórzy wstają bez problemu, niektórych ciężko zrzucić z łóżek. W końcu i tak wszyscy przychodzą.

Czasem tematy do rozmowy same wychodzą podczas rozwiązywania konfliktów, czasem sama wybieram o czym będziemy rozmawiać. Ostatnio chłopcy pracowali nad szacunkiem, współczuciem i dyscypliną. Wiele różnych zagadnień poruszaliśmy wiążących się z tematami głównymi. Między innymi była to MIŁOŚĆ.

– What is love? (Czym jest miłość?)
– Love is love. – tyle z początku potrafił powiedzieć mi Nathan.

„Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest, miłość nie zazdrości…”

Co to znaczy cierpliwa? Co to znaczy łaskawa? Dlaczego miłość nie zazdrości? Przykłady, znaczenia, symbole. Stawaliśmy z Chungu (jeden z wujków) na głowie, żeby to wyjaśnić.

Na koniec chłopcy dostali zadanie, opowiedzieć jedną historię, kiedy oni okazali komuś miłość lub ktoś okazał im miłość…

„Kiedy byłem na ulicy żebrałem na światłach koło hipermarketu. Ktoś chciał dać mojemu koledze ciastka, światła zaczęły się zmieniać i z drugiej strony nadjechał samochód, który potrącił go. Ten kierowca odjechał, nawet się nie zatrzymał. Ktoś inny zabrał go do samochodu i zawiózł do szpitala, ja też pojechałem z nim. Lekarze zbadali go, opatrzyli go i odesłali do domu. Zabrałem go do jego mamy. Pomogłem mu, kiedy był w potrzebie. Potem on chciał mi dać 2 kwacha (~ 1.5 zł), ale powiedziałem, żeby zatrzymał te pieniądze. Kiedy ja będę potrzebował pomocy, wtedy on mnie nie zostawi.”
Lovemore, 13 lat

„Kiedy mieszkałem z moim ojcem i jego nową żoną, on dużo pił, a ona mnie obrażała. Lubiłem czas spędzać z moim kolegą Clintonem. On i jego mama, którą nazywałem ciocią, bardzo mnie lubili. Clinton był wtedy w szóstej klasie i uczył mnie czytać i pisać. Pewnego dnia jego mam zapytała mnie, czy chodzę do szkoły. Powiedziałem, że nie. Postanowiła mi pomóc. Porozmawiała z moim ojcem, czy może mnie wysłać do szkoły. Dzięki niej szkończyłem w tamtym czasie czwartą klasę.”
Albert, 14 lat

„Moja mama mnie nigdy nie kochała. Uciekłem z domu bardzo dawno temu. Byłem mały, kiedy byłem na ulicy. Najpierw do swojego ośrodka zabrał mnie brat Jacek. Ale ja uciekałem dużo. Potem zabrała mnie do domu Mama Carol. Oni mi pomogli. Okazali miłość.”
Gift, 13 lat

„Ja dzielę się n’shimą z Marią, ja jej daję, a ona mi daje, tak okazujemy miłość.”
Chama, 7 lat

„Na ulicy koledzy często prosili mnie o pomoc, abym przyniósł im coś do jedzenia albo kupił lekarstwo w aptece. Zawsze im pomagałem.”
Moses, 12 lat

„Myłem ręce Danniego, kiedy miał rany od poparzeń.”
Nathan, 13 lat

„Geshom jest moim dobrym kolegą, pomagamy sobie, uczymy się wzajemnie, jak czytać i pisać. Tak okazujemy miłość.”
Chris, 14 lat

Czym jest miłość dla Ciebie?

Powoli, powoli

Powoli, powoli – tak często Zambijczycy odpowiadają na pytanie – Jak żyjesz?

I my też tak sobie żyjemy – powoli powoli… Czasem jest łatwiej, czasem są trudności. Są tylko duże dylematy, ale nie ma spraw nie do rozwiązania.

Opisuję tu historie. A potem dostaję wiadomości: Co dalej? Nathan wrócił? Co z Albertem – został? Co z Giftem? Czy już na zawsze został na ulicy? Czy zabrałaś go do domu?
Żyjecie razem ze mną, bo te historie są prawdziwe, dzieją się tu i teraz.

Nathana zabraliśmy do domu. Ma dni lepsze i dni gorsze, jak to w życiu. Czasem chce uciekać, ale widzę jak walczy ze sobą. Jest w nim wciąż dużo złości, dużo gniewu. Walczy z pokusą powrotu na ulicę. Walczy o swoje przyszłe życie. Dopóki walczy, jest…

Albert jest w domu. Przyszedł pewnego dnia do mnie: „Mówiłaś, że jak mam problem, to żebym przyszedł. To jestem…” Albert dużo komunikuje, bardzo nie chce zostać sam z tym, co boli. Wciąż jest z nami.

Gift… Jeździłam na ulicę, rozmawiałam. Nie chciał wrócić. Ulica jest dobra. Wciąż pod wpływem narkotyków. Wciąż uparty. Nie wrócę. Dwa dni temu pojechałam znowu. Był w dobrym stanie.
– Czy jesteś już gotowy?
W głowie walka myśli.
– Znasz odpowiedź i ja wiem, co chcesz powiedzieć.
– Chcę wrócić.
Zabrałam go i wczoraj zawiozłam na farmę. Powiedział, że chce odpracować to, co ukradł. Ale wciąż jeszcze długa droga przed nim, aby zmienić swoje życie.

Żyjemy sobie. Powoli, powoli dni mijają. A mi za tydzień minie piąty miesiąc w Afryce :)

Doris

 

droga