Naomi

Ta historia jest wyjątkowa. Personalnie, dla mnie. Po raz pierwszy do Zambii, do Salvation Home przyjechałam 30 czerwca 2012 roku na 1,5 miesiąca. Naomi pojawiła się po raz pierwszy w domu w niedzielę 1 lipca 2012 roku. Następnego dnia. W domu byli już jej dwaj bracia i kuzyn. Bardzo chcieli ją zabrać od matki, która sama oraz jej partnerzy wykorzystywali Małą seksualnie. Naomi rosła jako dzikie dziecko. Słowo „normalność” nie istniało w jej życiu.

Początki były bardzo trudne, od prostych rzeczy – nie potrafiła się wykąpać, skorzystać z toalety, krzyczała z byle powodu, nie rozumiała, co dzieje się wokół niej, do tych bardzo poważnych – nie potrafiła odróżnić dobra od zła, zachęcała inne dzieci do zachowań seksualnych, jakie znała z poprzedniego życia.

Naomi nie mówiła po angielsku, w ogóle mało mówiła, przenieśliśmy ją na farmę, aby mogła być wśród zambijskich kobiet, które potrafiły zrozumieć jej język i temperować jej zachowania. Jednak i one nie podołały Naomi.
Kiedy przyjechałam po raz drugi do Zambii, Naomi nie było tutaj, podczas wizyty domowej matka zatrzymała ją siłą, trzeba było użyć interwencji policji, aby zabrać Małą.

Na przełomie listopada i grudnia farmę odwiedziła grupa ludzi zambijczyków i amerykanów, przyjeżdżali i zajechali „przypadkowo”, zainteresowani sierocińcem w środku buszu. Spędzili trochę czasu z dziećmi. Jak zauważyli Naomi? Naomi nie jest dzieckiem, „które się zauważa” od początku – nieśmiała, skryta w sobie, nieufna (nie ma co jej się dziwić znając jej historię), wśród nowych osób wygląda na przestraszoną, boi się nawet uśmiechnąć, nie mówi po angielsku, nie wyskakuje przed szereg, nie zaczepia, nie śpiewa piosenek nieznajomym. A oni jednak zauważyli Naomi… zauważyli ją sercem. Postanowili ją wspierać.

Dwa tygodnie temu przyjechali znów, aby odwiedzić Naomi. Mała dostała piękny, różowy plecak, a ja dostałam do ręki 1000 kwacha z prośbą, aby przeznaczyć te pieniądze na potrzeby Naomi. Już następnego dnia zabrałam Naomi do centrum handlowego, chciałam kupić jej trochę ubrań i buty, potrzebowała ich bardzo. Gdy weszłyśmy przez przesuwane drzwi, Mała złapała mnie mocno za rękę… uświadomiłam sobie wtedy, że to jej pierwsza wizyta w takim miejscu. Miałam łzy w oczach widząc jej uśmiech, gdy powiedziała do niej – Spójrz, która sukienka Ci się podoba, możesz sobie wybrać. Wyszłyśmy ze sklepu z dwiema, różowymi parami butów i siatką różowych ubrań. Wybrała je Naomi. Poszłyśmy na lody i ciastka. Tej radości, tych spojrzeń i uśmiechów nie zapomnę do końca życia. To był jeden z najpiękniejszych momentów w jej życiu, a także w moim…

Od stycznia Naomi mieszka znów w Salvation Home. Na farmie zostali sami chłopcy, więc musieliśmy zabrać Naomi, musieliśmy i chcieliśmy. Mała potrzebowała więcej uwagi, na farmie nie zrobiła progresu, jaki oczekiwaliśmy. Od kwietnia pójdzie do szkoły, póki co uczy się z nauczycielką w domu. Ma 100% jej uwagi i robi ogromne postępy – w zachowaniu, a także w nauce. Zaskakuje mnie każdego dnia. Kiedyś bała się do mnie podejść, nigdy o nic nie zapytała, nie odezwała się słowem, zwyczajnie nie potrafiąc i nie rozumiejąc języka angielskiego. Teraz jest pierwsza, która przybiega z pytaniami i zaczepkami, dużo się uśmiecha i bawi tak, jak bawią się dziewczynki w jej wieku. Nie mogę się nadziwić, jak pięknie rozkwitła…

IMG_6412

IMG_6399

IMG_6418

O tym co w środku i na zewnątrz

Uważany był za jednego z najbardziej pracowitych i inteligentnych chłopców. Zawsze przychodzi moment, że w jakiś sposób te opinie są weryfikowane przez życie. Dla niego przyszły razem z wynikami klasy 9. Miały być powalające. Były… takie sobie, raczej słabe.

Kłótnia z Mamą.
Ja sobie poradzę bez Ciebie. Nie muszę kontynuować szkoły.
Nie rozumiesz sedna. Nie musisz być idealny, nie każdy robi 9 lat w 5 lat, ale jak czegoś nie wiesz, poproś o pomoc. Ja wszystko wiem.
Dużo niepotrzebnych słów.

Po jakimś czasie przyszedł do mnie. Wiesz już o co chodzi? Wiesz, co teraz powinieneś zrobić?
Wiem, ale pomóż mi, proszę.
Ja za Ciebie tego nie zrobię.
Wiem, ale ja się boję, proszę pomóż mi.
Mom, Raban chce z Tobą porozmawiać…

Czasem niewiele potrzeba – tylko kogoś bliskiego obok, aby jedną decyzją nie zmarnować lat pracy, czasem życia… Tak mało rozglądamy się wokół, myśląc, że pod uśmiechami zawsze wszystko jest porządku, czasem dlatego że boimy się dotknąć czyichś ran, bo to nie nasza sprawa, czasem dlatego, że to zabiera nasz cenny czas… Pędzimy przez życie nie zastanawiając się, że ktoś właśnie teraz potrzebuje TWOJEJ pomocy, ale boi się o nią poprosić…

O złudzeniach i godności

Ogromny kompleks szpitalny, wszędzie pełno ludzi, koczują dzień i noc opiekując się swoimi bliskimi. Każdy oddział to ogromny hol, łóżka po sześć oddzielone kotarami. Oddział 22 łóżko numer 9 – Kelvin Mpundu.

W nocy z niedzieli na poniedziałek był wypadek, cztery osoby, jedna zmarła, wśród trzech pozostałych był dwudziestoletni Kelvin, przez lata mieszkający na ulicy, żadnej rodziny. Przyjechaliśmy sprawdzić, co się z nim dzieje. Evaristo podszedł do niego, aby porozmawiać, pomóc mu się napić jogurtu, Kelvin cały się trząsł, wszyscy wokół się śmiali, ja miałam łzy w oczach, a Evaristo spokojnie przytrzymuje go oraz jogurt tak, że Kelvin bez problemu mógł pić… Poszłam, aby porozmawiać z lekarzem: – Silne obrażenia głowy, jednak żadnych leków, w przypadku bólu – daj mu panadol, wypisany wczoraj, możecie go zabrać. Przenosimy Kelvina na wózek inwalidzki, aby zabrać go do auta, nie jest w stanie sam chodzić. Kupuję mu banany, mógłby je jeść bez końca. Zabieramy go do domu. Przez parę tygodni obserwuję, jak poprawia mu się stan zdrowia. Gdy jest już w stanie chodzić… odchodzi…

Prosta, codzienna historia bez szczęśliwego zakończenia. Nie mam złudzeń, że nie wszystkich da się wyrwać z ulicy. Przyjdzie dzień, że zadzwonią już nie z UTH, ale z kostnicy. Jednak póki dzwonią z UTH każdemu należy się godna opieka.

Ucieknę

Ucieknę, bo nie lubię jak mówisz mi, co mam robić.
Ucieknę, bo mi zabraniasz tego, na co akurat teraz mam ochotę.
Ucieknę, bo tylko to potrafię zrobić, gdy mam problem.
Ucieknę, bo wiem, że sobie poradzę na ulicy.
Ucieknę, bo chcę zatęsknić za Tobą.
Ucieknę, żeby sprawdzić, czy wciąż mnie kochasz.
Ucieknę, ale będę tam, gdzie zawsze.
Ucieknę, ale moje serce będzie biło szybciej w nadziei, że przyjdziesz po mnie.

Wątpiłam w to. Chłopcy grali, bawili się z nami w uciekanie i wracanie. Noce spędzone na poszukiwaniach, miałam wrażenie, że to bez sensu, że nie są gotowi. Już nawet nie umiałam zliczyć, ile razy zabierałam Nathana z ulicy, wiedząc, że za tydzień będzie ta sama zabawa w kotka i myszkę… Po 8 miesiącach patrzę na Nathana. Już 4 miesiące bez ucieczek, wydaje się stabilny, czasem tylko wspomina o ulicy, uwielbia swoją szkołę i sobotnie pieczenie, czuje się bezpieczny.

Ale w tej pracy ta zabawa się nie kończy. Teraz bawię się z Joshuą. Tylko mam więcej wiary w sercu :)

IMG_5225

Z życia wiejskiej dziewczyny

Nasza wioska oddalona jest od najbliższego miasteczka o 30 km. Miasteczko to nazywa się Chongwe i choć jest dość niewielkie jest tam kilka szkół, w trzech z nich uczą się nasi podopieczni.

Po wyszykowaniu chłopców do szkoły, o godz. 6.50 wyruszam w drogę. Nad polami rozciąga się mgła, na trawach krople rosy, słońce wstaje, busz budzi się do życia. Przede mną nieco ponad 6 km drogi piechotą, aby złapać bus do Chongwe. Po drodze rytuał pozdrowień z wioskową starszyzną pracującą na polach oraz gromadkami dzieci zmierzającymi do szkoły. Ku własnemu zaskoczeniu udało mi się nawet przeprowadzić kilka konwersacji w lokalnym języku. Licząc po cichu na jakikolwiek transport w kierunku skrzyżowania kilometry mijały… 1… 2… 3… 4… 5… 6… Przejechały 3 auta, wszystkie w przeciwnym kierunku… Ok. 8.00 dotarłam do głównej drogi i złapałam bus jadący do Chongwe, to już tylko nieco ponad 23 km i jestem na miejscu.

Pierwsze kroki skierowałam w stronę kościoła katolickiego, aby porozmawiać z Księdzem Gabrielem. Dwóch księży tam pracujących ma pod swoją opieką 52 kościoły w „okolicy”, między innymi nasz w Chamulimbie. Ksiądz wyznaczył nam najbliższy termin Eucharystii na 1 marca. To wielkie wydarzenie dla naszej społeczności.

Drugi mój cel to Jatamo, szkoła z internatem, gdzie uczy się siedmiu naszych chłopców. „Dorothy!” – zawsze słyszę od wejścia. Dwie nauczycielki witają mnie jak moje serdeczne przyjaciółki ;) – Jak sprawują się nasi chłopcy? Czy są jakieś problemy? Jak wysokie są opłaty egzaminacyjne? Do kiedy trzeba wpłacać? itp… długa seria pytań. Z klas lekcyjnych zobaczyli mnie moi zambijscy bracia i przybiegli się przywitać :) Szybko jednak musieli wracać na lekcje. Tylko Chungu stoi i nie chce iść… – Chcesz pogadać? Chodź, pójdziemy razem odwiedzić Charlesa i sprawdzić jak się czuje, kilka dni temu dzwonili ze szkoły, że ma malarię. Zwolniłam Chungu z lekcji i poszliśmy.

Szkoła Charlesa jest oddalona od głównej drogi o 2 km. Droga jest niby prosta, ale jak skręci się źle to można się zgubić na dobre. Kolejna seria pytań o zdrowie, zachowanie w szkole i opłaty egzaminacyjne. Na szczęście Charles czuje się już dobrze, przywitał nas z uśmiechem na twarzy, z którego ja wyczytałam najważniejsze dla niego: Martwiliście się o mnie… Droga powrotna do Jatamo, aby odmeldować powrót Chungu i muszę się powoli zbierać. Jeszcze tylko jedna rozmowa z dyrektorem szkoły, kupienie ryb na targu i w gąszczu busów odnajduję taki, który podwiezie mnie do mojego skrzyżownia, oczywiście jak się zapełni, co zwykle trwa od godziny do dwóch. Aby sobie samej zrobić żart, zapytałam kierowcę, kiedy bus odjeżdża, odpowiedział: Za pięć minut… Pośmialiśmy się chociaż trochę.

Na skrzyżowaniu kupuję wodę, przede mną 6 km. Po cichu znów liczę na cokolwiek. 1… 2… 3… 4… 5… 6… kilometrów. Przyjechały 3 auta, wszystkie w przeciwnym kierunku… Na farmę dotarłam ok. 16.00. Szybka kąpiel i czekam aż chłopcy wrócą ze szkoły.

Życie w buszu do najłatwiejszych nie należy, czasem trzeba się sporo nachodzić… :)

 

Poranne widoki:)

Photo0960 - Kopia

 

Photo0963

 

Photo0964

Wczesne rodzicielstwo

Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że stanę się samotną matką dla 6 dojrzewających, 14-letnich chłopców…
Otóż jak to się stało… ;)

Na farmie z nowym rokiem przyszło wiele zmian, szczególnie w kwestiach personelu pracującego. Pożegnaliśmy się z menagerem oraz jedną rodziną, która u nas pracowała, próbę zarządzania farmą w styczniu podjął jeszcze młody – 25-letni zambijczyk, jednak i on spasował przy naszych łobuzach ;) Powitaliśmy za to na farmie Briana, który przejął rolę zarządzania naszą sporą gromadką kurczaków oraz ogrodem warzywnym i jak na razie próbuje się.

Potrzebowaliśmy jeszcze rodziny dla jednego domu, w którym mieszka owych 6 rozbójników.
Idea „rodziny” jest taka, aby chłopcy czuli się zaopiekowani, aby byli ludzie, którzy zatroszczą się o sprawdzenie ich pracy domowej, opatrzenie zdartego kolana, zacerowanie spodni, którzy usiądą z nimi wieczorem i porozmawiają o minionych dniu, poczytają wspólnie książki czy pograją w warcaby, a przede wszystkim zrobią to wszystko z miłością, jakiej Ci chłopcy w swoim dzieciństwie niestety nie doświadczyli.

Chcąc bardziej kontrolować sytuację na farmie, która ostatnio bardzo nas niepokoiła, Mama Carol pojechała na farmę, aby uporządkować sprawy oraz przejąc pod opiekę dom „bez rodziców”. Podczas tego czasu nastąpiło dużo pozytywnych zmian, szczególnie organizacji tego miejsca. Ja w tym czasie miałam pod opieką Salvation Home.

Po tygodniu zamieniłyśmy się i tak oto stałam się mamą dla 6 chłopców. Pewnie część z Was czytających to wie lepiej niż ja, że nie bez powodu okres ciąży trwa 9 miesięcy, nie bez powodu dzieci rodzą się małe i dorastają przechodząc różne kryzysy, aby nie tylko oni, ale także ich rodzice nauczyli się z nimi radzić. Moje dzieci są duże, nie tylko pod względem wzrostu, wszyscy prawie wyżsi ode mnie, ale także są bogaci w różne, szczególnie trudne doświadczenia. Tylko dzięki temu, że trochę razem przeszliśmy, poczynając od tego, że po roku wróciłam do nich, a w ciągu ostatniego pół roku nie raz zabierałam ich z ulicy, starając się wymazać tę pustkę, którą mają w oczach po narkotykach, że spędziliśmy długie godziny na wspólnej nauce, grach czy wyprawach do buszu, także przez to, że bardzo szybko przestałam być dobrą ciocią, która na wszystko pozwala i nauczyłam się stawiać im granice. Zaakceptowali mnie jako rodzica. Zdobycie ich zaufania to nie jest prosta sprawa i to nie trwa tydzień, dwa czy nawet dziesięć tygodni, to miesiące i wspólne doświadczenia. Nawet ja mam świadomość, że są rzeczy, z którymi jeszcze do mnie nie przyjdą. Dzieci ulicy z zasady nie ufają nikomu.

Tak więc już od tygodnia mamuję łobuzom. Dzień zaczynamy o 5.00 – budzę ich przystawiając im do uszu telefon, z którego płynie muzyka, śmieję się, kiedy widzę, że Nelson nie może otworzyć oczu, bo siła grawitacji, łóżkowego przyciągania jest zbyt duża, ale z uśmiechem na buzi śpiewa słowa mojej ulubionej zambijskiej piosenki. Gromadzimy się ma modlitwie, sprzątamy razem nasz dom, potem śniadanie i chłopcy przygotowują się do szkoły. Rano sprawdzam czy mundurki szkolne są kompletne, czy buty wypastowane, czy książki spakowane, dopytuję, kiedy wrócą ze szkoły, razem jemy obiad, odrabiamy lekcje, czytamy, wysłuchuję ich: „ja, ja ucieknę, jak mi nie pozwolisz!” oraz „on mi zabrał to, to było moje!”, kupuję maści na trądzik i kolekcjonuję podarte spodnie, aby wszystkie razem potem zabrać do krawcowej, zaklejam plasterkami zranione miejsca. Wieczorem siadamy w naszym saloniku i rozmawiamy o tym, co lubimy jeść, co lubimy robić, jak było w szkole, czasem przynoszę im ciastka, które bardzo lubią, czasami puszczam im muzykę z telefonu i tańczą tak, że nie mogę uwierzyć, że tego wszystkiego nauczyli się z filmów, razem żartujemy i śmiejemy się, rozmawiamy o przyszłości, ich marzeniach i planach. O 20.00 zaczynamy modlitwę śpiewem. A śpiewać moi chłopcy potrafią jak nikt na tym świecie… :) 21.00 to czas, kiedy chłopcy powinni już spać. Przez pół godziny jeszcze uciszam ich z mojego pokoju, aż czasem muszę do nich wstać i posiedzieć w ich pokojach, aż zasną bez gadania :) Są dni, kiedy muszę im czegoś zabronić lub za coś ukarać, są dni, kiedy mamy świetną zabawę przez cały dzień.

Analizuję czasem ich zachowania i reakcje, zwyczajne życie w afrykańskim buszu i jego problemy nie różnią się de facto wiele od mojego polskiego życia. Oczywiście realia są kompletnie różne, ale tak jak w Polsce ja kiedyś kłóciłam się z moimi koleżankami w szkole, tak samo i oni tutaj, przychodziłam do mamy z rozdartymi spodniami czy z pracą domową, czasem robiłam, co chciałam wychodząc z domu bez pozwolenia, za co dostawałm szlaban, tak jak i tutaj daję szlaban chłopcom, jak wychodzą z domu bez pozwolenia. Nie są z tego powodu zbyt szczęśliwi, ale kto z nas w ich wieku był… ;)

Ja sama musiałam jednak przejechać te wszystkie kilometry, aby zrozumieć, jak wiele w moim życiu nauczyli mnie moi rodzice – pracy, odpowiedzialności, organizacji czasu i przestrzeni, dbania o rzeczy, a przede wszystkim ludzi.

A moja mała buszowa rodzinka, choć jest nieco dysfunkcyjna, bo jestem samotną matką, która co tydzień zamienia się z inną samotną matką, jest szalenie szczęśliwa, bo Ojca za to mamy najlepszego, Niebieskiego… :)

IMG_0778

Cześć, Mała!

Nasze drogi zeszły się „przypadkowo” i niespodziewanie. Na czarnej ziemi zrozumiałaś mnie bez słów. Jak to możliwe? Gdy dzwoniłam, nie musiałam mówić, że coś się stało, bo już to wiedziałaś. Gdy szłyśmy na ulicę, każda z nas mogła być sobą. Jesteś niesamowita i odważna. Afryka nie była dla nas romantyczna, była prawdziwa aż do bólu, nawet po Twoim wyjeździe, wciąż jest…

Teraz już nikt nie nazywa mnie „Mała”. Twój telefon nie odpowiada. Tak po ludzku tęsknię. Dziękuję za nasz wspólny czas w Zambii. Do zobaczenia za kilka miesięcy, Agnes.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERAfot. Kasia Wnuk

 

Dziękujemy!

Dziękujemy!

… za podarowanie okularów korekcyjnych dla Richarda, Lovemore’a, Chrisa i Sylvestra, Panu optykowi Bogusławowi Dąbrowskiemu, Paniom: Magdalenie Dąbrowskiej, Paulinie Borzęckiej i Pani Renacie Niemczuk-Kozłowskiej za sprawne pilotowanie akcji oraz Januszowi Korzeniowskiemu za przewiezienie cennej przesyłki.

Chłopcy nieziemsko się ucieszyli z okularów, przesyłają gorące pozdrowienia i szczere podziękowania! A my cieszymy się z ich postępów w nauce dzięki temu niezwykłemu prezentowi… :)))

blog

Dziękujemy!

… sponsorom szkolnym naszych chłopców za okazywaną stałą pomoc za pośrednictwem Fundacji Usłyszeć Afrykę! Bez tego przyszłość edukacyjna naszych podopiecznych byłaby niepewna, z Wami jest możliwa!

Z czystym sumieniem mogę przyznać, że to z czego dzieci tutaj naprawdę się cieszą to SZKOŁA… to czego pragną i to co trzyma ich daleko od ulicy…

Bupe koniecznie chciał zaprezentować swoje nowe skarpetki i buty szkolne :)

(zdjęcie z początku stycznia)

Bupe

Dziękujemy!

… Adasiowi Tomali za przekazanie komputera dla naszych podopiecznych. Chłopcy bardzo lubią oglądać na nim filmy. Rozrywka to także coś, co trzyma ich w domu i pozwala zapomnieć o życiu na ulicy…

laptop

Dziękujemy!

… wszystkich osobom, które włączyły się w przesłanie paczek do nas… ubrania, przybory szkolne, akcesoria kuchenne, sprzęt sportowy, maszyna do szycia (aż żałuję, że nie widzieliście radości Malamy na jej widok! A my już nie musimy chodzić do krawca, gdy coś się zepsuje! :)) i wiele wiele innych…

Tu jest mi trudno wymienić Was wszystkich z imienia i nazwiska, ale Pan Bóg zna Was wszystkich oraz dobro, które czynicie i nie zapomni go Wam.

My Was wszystkich otaczamy modlitwą. Każdego dnia o 5 rano modlimy się za naszych darczyńców i wszystkich, którzy w sposób duchowy czy materialny wspierają nas.

Jesteście przez to częścią naszej Rodziny! :)